2010: Odyseja kosmiczna 7.2

Kontynuacja filmu 2001: Odyseja kosmiczna Stanley'a Kubricka. W dziewięć lat po pierwszej wyprawie "Discovery" specjaliści amerykańscy i radzieccy wyruszają w kosmos dla zbadania przyczyn jej niepowodzenia... Film wyróżniający ideę pokojowej współpracy między supermocarstwami.

Recenzje

Czy będę mieć sny? 6

Mistrz Kubrick nie życzył sobie tego filmu. Po ukończeniu "2001: ASO" zniszczył wszystkie konstrukcje z tego pamiętnego filmu, by nikt ich więcej nie wykorzystał. Jednak twórcy kontynuacji się nie dali, poszli w zaparte – do współpracy wzięli współtwórcę oryginalnego scenariusza, Arthura C. Clarka, a Discovery (stację kosmiczną z pierwszej części) odtworzyli z fotografii. I cóż powstało?

Od razu ostrzegam: w tym teksie będzie pełno odniesień/porównań do "2001", które są po prostu nieuniknione. Ale nie tylko dlatego: podczas seansu nieustająco stał mi przed oczami arcydzieło Stanleya, które wciąż mnie elektryzuje i miesza w głowie. Ale to temat do oddzielnej recenzji. Więc: jak "2010" wytrzymuje to porównanie? O dziwo, całkiem nieźle. Całość rozpoczyna się streszczeniem wielkiej poprzedniczki, a potem widz się dowiaduje, iż mamy rok 2009 i planuje się wyprawę na Discovery, by odkryć, co się tam stało.

Pierwsze, co się wyraźnie rzuca w oczy (a raczej, uszy), to obecność nadmiernej, nie tylko względem oryginału, dialogów. Wszyscy gadają, gadają, gadają. W końcu zaczynają nawet coś robić, ale oczywiście gadając przy tym. Niestety, skrajnej ciszy się tu nie uświadczy – nawet w przestrzeni kosmicznej słyszy się skądinąd znane charakterystyczne ‘dyszenie’. Minus! Pamiętacie lewitujące pióro czy chodzenie po ścianach, ewentualnie bieganie w kole? Tego tu też nie ma. Przykład: podczas ‘bezpiecznego’ hamowania dr Floyd ukrywa się wraz z pasażerką w komorze, przy hamowaniu ze ściany spada pocztówka. I co? Bezwładnie osuwa się na podłogę zamiast zacząć dryfować w przestrzeni.. ‘Pływanie’ w przestrzeni kosmicznej również nie wygląda tak swobodnie. Minus! Jest jeszcze nietrzymająca się kupy fabuła. Nie chodzi mi o jej wieloznaczność, tylko o logiczność przekazu. Oczywiście, może po prostu jestem za głupi, by ją zrozumieć, może coś przeoczyłem. Ale... co to miało oznaczać? Że powstała druga Ziemia? Bez sensu...

Efekty? Owszem, skoku w postępie nie ma – trudno, żeby był. Jednak gdy widzi się zasysającą do środka planetę, można być pod wrażeniem! Również pokłady statków zostały wykonane porządnie. Plusik. I tyle? Czyżby to oznaczało, że film nie ma więcej plusów? Mimo wszystko - nie. Bo rozmowy z Bowmanem przyprawiły mnie o ciarki (wręcz miałem wrażenie, że mi zaraz do pokoju wejdzie!), powtórne spotkanie z HAL-em było samo w sobie bezcenne, a monolit dalej robi piorunujące wrażenie. No i oczywiście cytat, który ja wykorzystałem tu jako tytuł recenzji. Warto? Warto. A potem odświeżyć sobie "2001".

0 z 2 osoby uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie