Śródziemie Howarda Shore'a

Władca Pierścieni: Powrót Króla

Howard Shore, ostatnia i zdecydowanie największa gwiazda 3. Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie. Będzie gościem specjalnym podczas wielkiego finału czyli pokazu filmu Władca Pierścieni: Powrót Króla z muzyką graną na żywo. Jedyny taki pokaz na świecie już 22 maja na krakowskich Błoniach.

Trylogia Władcy Pierścieni to jeden z największych hitów XXI wieku i mało kto nie słyszał o tych filmach. Ta sama rzecz dotyczy muzyki, która stała się życiową pracą Howarda Shore'a. Monumentalna, epicka, pełna emocji i napisana w tak dokładny i znakomity sposób, że z czystym sumieniem można ustawić ją na równi na półce klasyki muzyki filmowej obok Gwiezdnych wojen Johna Williamsa.

Tegoroczny koncert jest wielkim finałem całego festiwalu jak i samych polskich koncertów muzyki z Władcy Pierścieni. Przypomnijmy, że na poprzednich dwóch edycjach festiwalu emitowane były obie poprzednie części słynnej serii.

Rok temu byliśmy na koncercie Dwóch Wież. Pokaz na Błoniach, wielka scena z jednym z największych ekranów na świecie. Pod ekranem ustawiona olbrzymia orkiestra, którą dyryguje Ludwig Wicky. Władca Pierścieni jest ewenementem. Przygotowanie emisji filmu, gdzie muzykę gra się na żywo idealnie synchronizowaną z obrazem, to przedsięwzięcie na wielką skalę. Dzięki dobremu nagłośnieniu, kilkadziesiąt tysięcy ludzi jest świadkami wydarzenia jedynego w swoim rodzaju. Wrażenie z oglądania filmu jest zupełnie inne – jakbyśmy Władcę Pierścieni odkrywali na nowo, odczuwając wszystkie emocje ze stokroć większą siłą dzięki muzyce granej na żywo. Nie da się za bardzo opisać tego słowami, więc zobaczcie poniżej chociaż część wideorelacji z pokazu Dwóch Wież.

A jaka jest muzyka z Władcy Pierścieni? Każda część jest unikalna, każda postać posiada nawet drobny, znakomity temat, który towarzyszył jej przez całą Trylogię i wraz z nią dojrzewał aż do Powrotu Króla.

Zacznijmy jednak spokojnie, od pierwszej części Trylogii czyli Drużyny Pierścienia. O muzyce Shore’a do tej części, monumentalizmie, potężnych chórach, wspaniałej sekcji dętej i również potężnych bębnach wybijających rytm można pisać długie eseje. W moim odczuciu najlepsze w tej muzyce jest to, że tak naprawdę trafia ona do osób, które na codzień z muzyką filmową nie są za pan brat. Jej melodyjność, zróżnicowane tematy i przede wszystkim oszałamiające emocje potrafią przemówić do każdego. Słuchałem wielokrotnie albumu i za każdym razem z taką samą mocą atakowała mnie nostalgia, smutek, odczuwałem tę tajemniczość, mrok czy heroizm albo strach. Ta poetyka odwołuje się do najskrytszych zakamarków duszy, by wybuchnąć w finałowej pieśni, którą śpiewa Enya. Trzeba mieć drewno zamiast serca, by nie poczuć wielkości tego dzieła.

Dwie Wieże nie miały już w sobie tyle wesołości i lekkości co pierwsza część. Sama historia bardziej dramatyczna i mroczniejsza musiała być również odzwierciedlona przez muzykę. Parę tematów rozwiniętych, parę dodanych – wszystko stanowi spójną całość. Pamiętam jak dziś, gdy pierwszy raz usłyszałem temat Jeźdźców Rohanu, a na ciele zawitała gęsia skórka, po plecach przechodziły ciarki wypełniając moją duszę nieopisywalnymi emocjami. Tutaj przy słuchaniu towarzyszyło nam więcej strasznych emocji, lecz były i te piękne, te, które stanowią o sile filmu, które mówią nam, że właśnie dzięki takiej muzyce tworzy się prawdziwa magia kina. Pamiętam Samwise The Brave, opowieść Sama przepełnioną heroizmem, śmiałością i zarazem tą „hobbitowską” naiwnością. Utwór bawi i zarazem wzrusza powodując mimowolny napływ łez do oczu. Chwilę później przychodzi na myśl heroiczna scena z Hełmowego Jaru, gdzie król wykonuje ostatnią szarżę otoczony hordami Uruk-Hai. Utwór Forth Eorlingas, pełen bohaterskich brzmień, z zalążkiem tematu jeźdźców Rohanu, przeradza się w jedną z moich ulubionych scen, pojawienie się Białego Czarodzieja i szarża Jeźdźców z nim na czele, której muzyczna ilustracja jest niesamowita, monumentalna, epicka i dająca nadzieję – dobro zwycięża. Tak można by wymieniać i wymieniać powoli skupiając się na każdym utworze, więc bez owijania w bawełnę przejdę do wielkiego finału.

Powrót Króla, finał trylogii muzycznie jest zarazem jej podsumowaniem. Z jednej strony mamy wykorzystanie wielu znakomitych tematów z Trylogii, niektóre dojrzały do swojej finalnej formy, co jest odczuwalne w wielu utworach i scenach filmu. Są też małe tematy postaci, często niezauważalne, lecz odczuwalne przy słuchaniu albumu. Podsumowanie genialne, pełne emocji, pełne majestatu godnego finału jednej z największych trylogii filmowych w historii kina. Minas Tirith, epicki utwór opisujący nam ostatni bastion sił Gondoru, gdzie rozgrywa się największa bitwa z hordami Mordoru. Dominują tu instrumenty dęte z subtelnymi chórami, wielki finał numeru to wspaniały opis Minas Tirith, na zawsze zapadający w pamięć. Muzyka z Powrotu Króla jest godna miana arcydzieła – różne tematy, wielkość i jakość brzmienia orkiestry oraz piękne zamknięcie muzycznej trylogii. Najpierw temat The Gray Heavens, spokojny, melancholijny, przechodzący w główny temat Powrotu Króla. Jest to takie muzyczne zamknięcie, wyraźnie odczuwa się przejmujący smutek, tęsknotę, coś się kończy, lecz pozytywne emocje powoli narastają – jest nadzieja, jej nutka, że jest to dopiero początek czegoś nowego, największej przygody życia. Annie Lennox w piosence Into The West pokazała, że nadal ma głos, a Shore stworzył numer, który idealnie oddaje ten klimat Podróży na Zachód z końca filmu. Kończy się muzyczna trylogia, będąca niezapomnianym doświadczeniem. Ten koniec jest początkiem czegoś wspaniałego i oszałamiającego… Tak tworzy się historia kina, tak właśnie Howard Shore zapisał się w niej złotymi zgłoskami.

Więcej o 3. Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie – 20-22 maj
Tan Dun – Chiński Mozart
Poznaj Shigeru Umebayashiego

A NA KONIEC SZARŻA ROHIRIMÓW, ABY MOŻNA BYŁO POCZUĆ TĘ MUZYKĘ Z OBRAZEM. WYOBRAŹCIE SOBIE TO NA KONCERCIE 22 MAJA…