Battlestar Galactica - felieton

Battlestar Galactica

Autorem tekstu jest Dariusz Domagalski, autor takich książek jak Gniewny pomruk burzy, Aksamitny dotyk nocy, Delikatne uderzenie pioruna oraz mającego premierę w piątek, 1 kwietnia zbioru opowiadań I niechaj cisza wznieci wojnę. W tekście mogą być SPOILERY.

Jest to pierwszy z wielu felietonów, które gościnnie będą pisać utalentowani polscy pisarze. Mamy nadzieję, że przypadnie Wam to do gustu.

Nie lubię seriali, z reguły ich nie oglądam. Nie potrafią mnie wciągnąć, zaintrygować, na dłużej przykuć mojej uwagi. Od pewnego czasu przestała też interesować mnie szeroko pojęta science fiction, zastąpiona pasją do historii. Wydawało mi się, że w temacie s-f wszystko, co miałem przeczytać – przeczytałem, co miałem obejrzeć – obejrzałem i co miałem napisać – napisałem.

Myliłem się.

Wszystko zmieniło się za sprawą Battlestar Galactica.

Battlestar GalacticaBattlestar Galactica

Chociaż zewsząd słyszałem dobre opinie o serialu, przymierzałem się do niego jak do przysłowiowego jeża. Zawsze mi coś wypadało, brakowało czasu i cierpliwości. Dopiero w pewien zimowy wieczór, gdy wreszcie postanowiłem odpocząć od pracy i poddać się błogiemu lenistwu włączyłem Battlestar Galactikę.

I nagle na pokładzie gwiezdnego okrętu rozpoczęła się moja podróż w poszukiwaniu legendarnej Ziemi. Podróż, która mnie zachwyciła.

Okazało się, że pomimo ogranych elementów science fiction takich jak: zagłada ludzkości, kosmiczna wędrówka, pytania o człowieczeństwo serial zdołał mnie zauroczyć niepowtarzalnym klimatem i melancholijną fabułą. Brak oszałamiających efektów specjalnych, doskonałe prowadzenie kamery (niemalże dogma!), zbliżenia na twarze aktorów, akcja oparta na dialogach, interakcji międzyludzkiej, nie zaś na pościgach i walkach gwiezdnych myśliwców – to wszystko wyszło serialowi na dobre. Do tego należy dołożyć oszczędną grę aktorów, bez zbytniej egzaltacji, rewelacyjną muzykę i wpleciony w to wszystko wątek mistyczny. To spowodowało, że Battlestar Galactica już teraz stał się filmem kultowym.

Podejrzewam, że za kilka lat zostanie klasykiem, wykreowanym jakby „oddolnie”, bez wielkiej reklamy, marketingowych fajerwerków i podzieli los takich produkcji jak Blade Runner, Terminator oraz Dark City, które z ekranów kin zeszły bez echa, a status filmu kultowego zdobyły dopiero na taśmach wideo.

Battlestar Galactica to bez wątpienia nowa jakość w gatunku science fiction, który obecnie skupiony jest na kreowaniu fantastycznych światów, budowaniu fabuł w oparciu o dynamiczną akcję, poszukiwaniu idei, które można ogarnąć jedynie rozumem, a zapomina się o poznaniu poprzez serce i emocje. W Battlestar Galactica emocji nie brakuje, epatują z ekranu wdzierając się głęboko do świadomości odbiorcy, jednak twórcy zadbali o to, żeby nie były za bardzo egzaltowane. A to już jest sztuka.

Serial oferuje kilka poziomów fabularnych. Widzowie zainteresowani klasycznym s-f wezmą się za bary z zagadnieniami dotyczącymi przyszłości rodzaju ludzkiego, ewolucji sztucznej inteligencji oraz podróży międzygwiezdnych. Emocjonować się będą poszukiwaniem Ziemi – mitycznego raju przez resztki ludzkiej cywilizacji, przemierzaniem przez flotę niezgłębionej przestrzeni kosmosu i podziwiać wykreowany przez scenarzystów i reżysera klaustrofobiczny świat zamknięty na pokładach okrętów. Widzowie oczekujący akcji, niekonwencjonalnych rozwiązań, zaskoczenia i suspensów, z napięciem oczekiwać będą na rozwój wydarzeń, zaintrygowani tym, kto okaże się kolejnym „tosterem” w ludzkiej skórze. Zauroczeni dickowskim klimatem paranoi, prowadzić będą własne śledztwo, analizować zachowania poszczególnych postaci, uważnie słuchać dialogów i formułować podejrzenia co do „uśpionych” Cylonów. Natomiast ci, którzy oczekują od kina czegoś więcej, otrzymają film o ludziach, o ich wyborach, naturze, problemach potęgowanych przez dramatyczne warunki, w jakich się znaleźli.

Battlestar GalacticaBattlestar Galactica

Mnie w Battlestar Galactica najbardziej urzekła mistyka i symbolika, które niczym pocisk wystrzelony z balisty roztrzaskał bramę mojej podświadomości. Ludzkość żyje na dwunastu planetach, koloniach, które swoje nazwy wywodzą od konstelacji zodiakalnych. Od razu nasuwa się skojarzenie z dwunastoma plemionami Izraela oraz z całą żydowską mistyką. I słusznie, bo po niszczycielskim ataku Cylonów, następuje swoisty exodus ludzkości w poszukiwaniu „ziemi obiecanej”. Wszystko to zostało przepowiedziane przez wyrocznię, która w filmie wpisuje się w antyczną koncepcję.

Dwanaście to liczba magiczna, od wieków posiadająca swoją własną symbolikę, więc na ilości koloni nie mogło się skończyć. W serialu pojawia się dwanaście modeli Cylonów – humanoidalnych robotów, którzy wpisują się w koncepcję nowotestamentowych apostołów i sami siebie w ten sposób postrzegają, bowiem…

…THEY HAVE A PLAN – pojawiają się wielkie napisy w czołówce każdego odcinka i nie jest to tylko pusty slogan, ale ma swoje głębsze, mistyczne znaczenie. Ludzie na dwunastu koloniach wyznają politeizm, oddają cześć bogom Kobolu, posiadającym takie same imiona jak greccy bogowie z Olimpu. Tymczasem Cyloni wierzą w jednego Boga, wszechmogącego, wszechwiedzącego, niczym nieróżniącego się od hebrajskiego Jahwe. Ich WIELKI PLAN polega na przywiedzeniu swoich rodziców, twórców, do prawdziwego Boga. Swoją posługę misyjną rozpoczynają od „zafundowania” im hekatomby, doprowadzając niemal do całkowitej zagłady rasy ludzkiej. Jednakże dzięki temu ludzie ruszą na wędrówkę, niczym biblijny Abraham z Ur, żeby na końcu drogi odnaleźć własną tożsamość i przeznaczenie.

Cały serial przepełniony jest symboliką, więc finał nie może być jej pozbawiony. Po odnalezieniu „ziemi obiecanej” Gaius Baltar postanawia zostać rolnikiem. Ironia losu, bowiem urodził się na rolniczej planecie Aerelon i całe życie wstydził się swojego pochodzenia. Postać genialnego naukowca jest niejednoznaczna i również pełna mistycznego symbolizmu. Baltar zdradził rasę ludzką, najpierw nieświadomie pomagając ją zniszczyć, następnie kolaborując z wrogiem na Nowej Caprice. Więc śmiało możemy dojrzeć w nim Judasza, lub Kaina, który zabił swojego brata i też był rolnikiem.

Natomiast jego kompletne przeciwieństwo: Karl „Helo” Agathon jest jedyną postacią w serialu zawsze przedstawianą z pozytywnej strony. Nie ma się czemu dziwić, wszak Agathos – oznacza dobry. „Helo” po przybyciu na Ziemię zostaje łowcą, tak jak biblijny Abel. Mamy zatem dwa typy ludzkiego charakteru – egoistycznego Baltara i altruistę „Helo”. Co ciekawe, postawy tych dwóch bohaterów są niezmienne, w przeciwieństwie do innych postaci z Battlestar Galactica.
Po wylądowaniu na Ziemi Galen Tyrol („Szef”) odchodzi na północ, a w jego posturze, wybuchowym charakterze możemy dostrzec przymioty wikińskiego boga Thora. Jednooki Saul Tigh przypomina Odyna, przystojny Lee Adama greckiego Apolla, a „przebudzona” Ellen Tigh, mądrą Frigg. Czyżby więc rozwiązała się zagadka pochodzenia bóstw na Ziemi?

Kontynuując temat symboli, nie sposób nie wspomnieć córki człowieka i cylonki – Hery, noszącego imię greckiej bogini, patronki macierzyństwa. Dziewczynka, gdy dorośnie, zwiąże się z przedstawicielem homo sapiens i urodzi Ewę – dziecko, która zapoczątkuje nową ludzką rasę.

StarbuckStarbuck

Kolejne nawiązanie można nazwać anielskim. Mowa oczywiście o Karze „Starbuck” Thrace. Przez niemal cały serial „Starbuck” była postacią najbardziej „fizyczną” ze wszystkich, pilotka pełna energii, wigoru, a nawet nutki szaleństwa. W ostatnim sezonie nagle się zmienia i to nie tylko fizycznie. Jej spojrzenie łagodnieje, wybuchowy temperament zdaje się być okiełznany, a ona sama poszukuje swojego przeznaczenia. Ma to na pewno związek z jej śmiercią i tajemniczym powrotem do świata żywych. „Starbuck”, według przepowiedni, ma doprowadzić do zagłady ludzkości, ale ludzkości takiej, jaką znamy. Wypełnia „boski plan” zakładający stworzenie na Ziemi nowej rasy. Zatem Kara Thrace tak naprawdę jest posłańcem, aniołem prowadzącym rasę ludzi ku przeznaczeniu.

Motyw anielski to również tajemnicze postaci pojawiające się w umyśle Baltara i modelu numer sześć – pięknej Capriki. Istoty naprowadzały bohaterów na właściwą ścieżkę, zatem można je nazwać katalizatorami wydarzeń i strażnikami przeznaczenia. W finałowej scenie jawią się nam jako opiekunowie rasy ludzkiej wysłani przez siły wyższe.

Jednakże Battlestar Galactica to nie tylko mity judeo-chrześcijańskie, ale również sporo filozofii wschodu. Serial polany jest sosem buddyzmu, taoizmu i hinduizmu. Napisom początkowym towarzyszy motyw muzyczny będący operową wersją wedyjskiej mantry. Jednym z przewodnich tematów są następujące po sobie cykle. Ostatnia scena w serialu dobitnie nam to uświadamia. Potomkowie Hery skonstruowali myślące roboty, w swoje ręce chwycili atrybuty przynależne tylko Bogu. Możemy domyślać się, że maszyny ponownie zbuntują się przeciwko swoim twórcom i cykl rozpocznie się od początku.

Jak wspomniałem, Battlestar Galactica przesiąknięty jest mistycyzmem, aczkolwiek dobrze wkomponowanym w całość, nie sprawia wrażenia nachalności. Oprócz niego dostajemy wiele innych wątków. Podczas podróży rasy ludzkiej ku przeznaczeniu dochodzi do ścierania się ideałów, doktryn reprezentowanych przez różne strony. Dochodzi do konfliktów wynikających z różnicy charakterów, problemów egzystencjalnych lub też innej wizji roli przywódczej. W serialu pojawia się pytanie o definicję człowieczeństwa, które wydawało się, że w literaturze i filmie zostało dawno wyeksploatowane. Okazuje się jednak, że nie. Temat nadal jest nośny i aktualny, zwłaszcza teraz, gdy człowiek stał się nie tylko zbiorem atomów, ale również informacją w sieci. Utożsamia nas już nie tylko wygląd fizyczny i charakter, ale również profil na Facebooku, nasze wypowiedzi na forach internetowych, awatar itp.

Gdy obejrzałem ostatni odcinek Battlestar Galactica, uświadomiłem sobie, że scenarzyści dokonali rzeczy niezwykłej: zaczynając serial wiedzieli jakie będzie jego zakończenie. W czwartym sezonie wszystko zostało wyjaśnione, wątki domknięte, cykl dobiegł końca…

… ale nie koniecznie. Gdy dowiedziałem się, że ma zostać nakręcony pełnometrażowy film o znaczącym tytule The Plan, ucieszyłem się myśląc, że zobaczę inny wymiar całej historii. Może okaże się, że istniał jeszcze jeden plan, nadrzędny w stosunku do tego cylońskiego. Niestety, zawiodłem się pod tym względem.

Twórcy dali miłośników Battlestar Galactica, sprawnie zrealizowany film, z dobrze opracowanymi efektami specjalnymi, ale nie wnoszący nic nowego do fabuły. Otrzymujemy historię opowiedzianą z punktu widzenia dwóch modeli: brata Calvina (numer 1), jednego, który znajdował się na pokładzie Galactiki, i drugiego, na okupowanej Caprice. Obserwujemy dwóch Cylonów identycznych nie tylko pod względem fizycznym, ale również charakterologicznym, którzy jednak dochodzą do różnych konkluzji na temat ludzkości. Pierwszy z nich uważa ludzi za karaluchy, które należy rozdeptać, zniszczyć i przygotować we wszechświecie miejsce dla nowej, wspaniałej rasy jaką są Cyloni. Drugi stwierdza, że plan ich zagłady był bezsensowny, poznał ludzkie emocje i zaczyna je nawet rozumieć. Zrozumiał również, dlaczego Bóg kochał ludzi zanim zmienił zdanie i przelał swoją miłość na Cylonów.

The Plan reżyserował Edward James Olmos, aktor odtwarzający rolę admirała Adamy i oprócz scen nagranych na potrzeby filmu, znajdujemy tu również niewykorzystane wcześniej fragmenty serialu, co sprawia, że oglądamy znane już epizody jakby od drugiej strony, z innej perspektywy. Wygląda to jak dopowiedzenie poszczególnych odcinków, co jest oczywiście na swój sposób ciekawe, ale -jak wcześniej wspomniałem – absolutnie nie wnosi nic nowego.

Battlestar Galactica: The PlanBattlestar Galactica: The Plan

Twórcy The Plan tchnęli jednak w postaci nieco więcej głębi psychologicznej, co znajdujemy choćby w dylematach Cylonów. Do końca nie akceptują planu brata Calvina i nie zgadzają się na eksterminację ludzi, z którymi czują się emocjonalnie związani. Dlatego podświadomie sabotują własne działania (Boomer strzelając do Adamy nie celuje w głowę, Simon popełnia samobójstwo zamiast wysadzić w powietrze okręt). Dochodzi do absurdów, Cyloni postrzegają się bardziej jako ludzie niż maszyny. Bardziej lubią rolę jaką przyszło im odtwarzać od własnej, prawdziwej tożsamości. Absolutnie fenomenalna jest scena, w której numer 6 rozpacza po uświadomieniu sobie, że jest tylko kopią. Cylonów cechuje zachowanie typowo ludzkie: odczuwają emocje, boją się śmierci i, tak samo jak my, pragną akceptacji.

Nieodparcie nasuwa się klasyka s-f i jej dyżurny temat: roboty jak ludzie. Można się zastanawiać, co nas różni od Cylonów? Przecież emocje, uczucia to tylko impulsy elektryczne pojawiające się w mózgu, zatem coś, czym można sterować. Argument, że to ludzie stworzyli myślące maszyny, też nie trzyma się kupy, jeśli weźmiemy pod uwagę, że sam człowiek został stworzony na podobieństwo Boga. Dusza? Trzeba ją najpierw zdefiniować. Znamienne, że zarówno w serialu, jak i w pełnometrażowych filmach (The Razor i The Plan) mamy do czynienia z ludźmi zachowującymi się jak bezduszne maszyny i odwrotnie, z maszynami wykazującymi ludzkie uczucia. Zatem definicja człowieczeństwa nadal pozostaje sprawą otwartą.

Wróćmy jednak do The Plan. Film dopowiada pewne poboczne wątki serialu, pokazuje wydarzenia z innej perspektywy, niejako z punktu widzenia Cylonów, ale w żaden sposób nie wpływa na rozwiązanie zaserwowane w serialu. Czy zatem można go sobie odpuścić? Myślę, że nie. Prawdziwy miłośnik Battlestar Galactica odnajdzie w nim wiele ciekawych rzeczy z ulubionego świata, trochę zadumy i refleksji oraz kilka świetnie zrealizowanych scen, jak choćby tę ukazującą zniszczenie dwunastu kolonii.

W przypadku Battlestar Galactica można długo snuć różnego rodzaju rozważania, interpretować każdą scenę, dialog, gest i symbol. Tak to już jest, gdy twórcy filmu pozostawiają trochę niedopowiedzeń przyprawionych mistyką i szczyptą ezoteryki.

Świetnie spędziłem ponad siedemdziesiąt godzin na pokładzie Galactiki, przeżywając z bohaterami serialu wszystkie kryzysy. Z czystym sumieniem mogę cały cykl polecić nie tylko fanom fantastyki, ale również tym, którzy od filmu oczekują czegoś więcej niż czystej rozrywki.

Gorąco polecam.

STRONA PISARZA