DLACZEGO Gra o tron? - Felieton

Gra o tron

Autorem tekstu jest Marcin Wełnicki. Jest on tłumaczem, pisarzem i publicystą, debiutował w 2010 książką Śmiertelny bóg. Prowadzi blog okołoliteracki Biały Atrament, który znajdziecie tutaj. W najbliższym czasie będziecie mogli przeczytać jego opowiadanie z Księgi Wojny, która ukaże się w maju nakładem Agencji Wydawniczej RUNA. Zapraszamy do lektury!

Kiedy czytasz te słowa, pierwszy odcinek Gry o tron został już wyemitowany. Może go oglądałeś, podobał Ci się i z niecierpliwością czekasz na kolejny, a może jesteś fanem książkowej serii i nie przypadły Ci do gustu zmiany, jakie wprowadzono w scenariuszach. Może wciąż jesteś niezdecydowany i wstrzymujesz się z werdyktem przynajmniej do przyszłego tygodnia, a może przysiągłeś sobie, że nie tkniesz serialu, dopóki nie zapoznasz się z pierwowzorem. Równie prawdopodobne jest to, że tylko coś zasłyszałeś, widziałeś w telewizji reklamówkę, ktoś szepnął Ci dobre słowo.

Gra o tronGra o tron

Jednak bez względu na Twój stosunek do Gry o tron, z pewnością nurtuje cię jedno pytanie: jak do tego doszło? Jak udało się sprzedać prawa do niedokończonej książkowej sagi fantasy, sagi całkiem skomplikowanej i przytłaczająco dużej? A do tego za ekranizację wzięło się HBO, znane z oryginalnych seriali, uznawanych przez krytyków i telewidzów, zbierających rok w rok nagrody; tytułów takich jak Rodzina Soprano, Sześć stóp pod ziemią, Rzym, Kompania braci nikomu nie trzeba przedstawiać. Takie produkcje nie są tanie, a przecież fantastyka, jeśli chce się ją zrobić dobrze, niemal zawsze jest droższa.

Nie jest to pierwszy serial fantasy, bo te kręcą już z mniejszym lub większym sukcesem od dziesięcioleci, nie jest to też pierwsza tego typu ekranizacja – ten tytuł przypada Legendzie Poszukiwacza z 2008 roku, opartej na sadze Miecz Prawdy Terry’ego Goodkinda. Gra o tron czymś jednak jest – szansą. Dla rozwoju gatunku na małym ekranie, dla telewidzów znudzonych wciąż tym samym. Szansą na dobrą rozrywkę. O ile, oczywiście, serial okaże się dobry.

Więc jak to jest? Dlaczego właśnie Gra o tron? I czy rzeczywiście był to słuszny wybór?

Na pierwszy rzut oka Pieśń Lodu i Ognia (taki tytuł nosi książkowa saga George’a R.R. Martina; producenci serialu, skądinąd całkiem mądrze, doszli do wniosku, że dla szerszego odbiorcy przystępniejszą nazwą będzie Gra o tron, tytuł pierwszego tomu) niespecjalnie nadaje się do adaptacji. Wspomniałem już, że oryginał wciąż czeka na zwieńczenie, a każda z dotychczasowych części liczy sobie, bagatela, bite tysiąc stron – a czasem i więcej. Nie mamy tu też do czynienia z historią jednowątkową. Autor wypełnił karty swoich powieści legionem postaci i odpowiadającymi im narracyjnymi nićmi: sympatiami i antypatiami, motywami, spiskami. Bohaterowie, zamiast przykładnie wyruszać na jakąś wyprawę, czegoś szukać, walczyć z jakimś złem, są zaplątani w rodzinne i dworskie intrygi, sieci obowiązków i powinności, a walczyć przychodzi im głównie z własnymi ułomnościami (aczkolwiek trup również ściele się dość gęsto). Innymi słowy, bohaterowie Gry o tron wpadli w znane każdemu dość dobrze sidła życia. Trudno to wszystko ogarnąć nawet po wielokrotnej lekturze.

I właśnie w tym tkwi siła i potencjał twórczości Martina, to właśnie musiało zobaczyć w jego sadze HBO, kiedy w 2007 roku wykupywało prawa do ekranizacji. Zacznijmy może od miejsca akcji, bo gdy osadzimy całość w pewnym kontekście, wszystko inne będzie łatwo zrozumieć. W Grze o tron czystej fantastyki – a przynajmniej takiej, jakiej czytelnik czy widz się spodziewa – jest jak na lekarstwo. Nie uświadczy się tu tabunów nadprzyrodzonych istot, czy potężnych czarodziejów ani stosów magicznych mieczy, pierścieni i reszty zwyczajowych rekwizytów. Jest magia, to prawda, ale delikatnie nakreślona, subtelnie podana, tajemnicza i niezrozumiała – żadnych ognistych kul i tego typu fajerwerków.

Westeros, kraina, w której rozgrywa się opowiedziana w Grze o tron historia, wydaje się czytelnikowi znajoma, zwłaszcza, jeśli poświęci czas na studiowanie załączanej do książki mapki (można ją również znaleźć w Internecie). Nie pomylicie się, jeśli będzie Wam z grubsza przypominać Wielką Brytanię. Martin oparł konstrukcję świata na solidnej podstawie; nie silił się na wymyślanie dziwacznych ludów o dziwacznych zwyczajach, osadził akcję swoich książek w realiach średniowiecza, chociaż dołożył wszelkich starań, aby trzymać się jak najdalej od romantycznego, wyidealizowanego rycerskiego etosu.

Gra o tronGra o tron

To, co dzięki temu otrzymujemy, to świat wiarygodny. Czytelnik lub widz szybko się w nim odnajdzie, a co nie zostanie powiedziane wprost, dopowie sobie sam, czerpiąc z wiedzy ogólnej czy historycznej. Mówiąc oględnie, zna panujące w nim zasady. Nic nie będzie go podczas obcowania z książką rozpraszać, całą uwagę będzie mógł poświęcić śledzeniu akcji. Minimalizm kreacji świata przedstawionego „Gry o tron” działa na jej korzyść, pozwala dotrzeć nie tylko do fanów gatunku, ale i do przeciętnego odbiorcy, który na co dzień ma z fantastyką mało wspólnego lub wręcz nią gardzi. Saga Martina znalazła sobie wygodną niszę gdzieś pomiędzy fantasy a literaturą historyczną, a jej ekranizacja z pewnością przemówi do miłośników filmów kostiumowych, „z epoki”.

Oczywiście, brakiem udziwnień i stonowaną fantastycznością można osiągnąć tylko tyle. Liczy się przecież jakość fabuły i jej konstrukcja – zwarta narracja może się świetnie sprawdzić w powieści, ale kilkunastoodcinkowy serial musi mieć bardziej epizodyczną naturę. Wielowątkowa narracja Gry o tron zdaje egzamin w obu przypadkach. Mnogość bohaterów i ich relacji pozwoli twórcom poruszać się przez serię w tempie odpowiednim dla nowoczesnych dramatów (wspomniane Rodzina Soprano i Rzym), unikając tym samym zbytniej sensacyjności, gnania na złamanie karku, którego efektem jest być może wartka akcja, ale i płytka kreacja postaci.

Co zaś się tyczy fabuły… warto od razu zaznaczyć, że Gra o tron to książka dla dojrzałego czytelnika. Pojedynki i bitwy to jedno, ludzie są przyzwyczajeni do epatującej zewsząd przemocy, krew nie robi już takiego wrażenia, ale Martin nie stroni też od bardziej drażliwych tematów: seksu, kazirodztwa, znęcania się, dyskryminacji i wielu innych. David Benioff, jeden z twórców telewizyjnej Gry o tron zażartował w wywiadzie, że proza Martina to „Rodzina Soprano w Śródziemiu”. I w gruncie rzeczy trudno się z tym nie zgodzić. Fabuła unika płycizn i gatunkowych uproszczeń, realistycznie przedstawia skomplikowane relacje bohaterów, potrafi przerazić i zaskoczyć, posiada tę rzadką właściwość, która sprawia, że strony książki same się przewracają. Gra o tron jest po prostu dobrze napisana.

To w dużej mierze zasługa solidnie skonstruowanych postaci. Fantasy jako gatunek ma tendencję do polaryzacji ról „tych dobrych” i „tych złych” i tak właśnie jest postrzegana przez mainstream. Gra o tron ma szansę te zapatrywania zmienić. Martin nadał każdemu z bohaterów (a to nie lada wyczyn, biorąc pod uwagę ich liczbę) unikalny rys, mieszając zalety z wadami (Catelyn Stark), przełamując stereotypy (Tyrion Lannister), ukazując cnotę jak ułomność (Ned Stark), osadzając moralnie wątpliwe postacie w rolach protagonistów (Jamie Lannister). Nie są to zabiegi odkrywcze per se, ale będzie to pierwszyzna dla fantasy na ekranie.

Odpowiedź na postawione w tytule pytanie staje się jasna. Truizmem będzie powiedzieć, że Gra o tron doczekała się telewizyjnej adaptacji, ponieważ to kawał dobrej literatury, nie literatury fantastycznej, ale w ogóle, lecz tak właśnie przedstawia się prawda. Proza Martina posiada te wszystkie cechy, które uczyniły seriale takie jak Rodzina Soprano czy Kompania braci, kultowymi i kasowymi hitami – wiarygodne tło, silną fabułę i znakomitą charakteryzację postaci – plus powiew świeżości, jakim jest otoczka fantasy. Nad produkcją serialu czuwa sam autor, a biorąc pod uwagę jego przeszłość w branży telewizyjnej (przez lata był scenarzystą), można założyć, że wie, co robi.

Gra o tron posiada wszystkie składniki sukcesu, pozostaje tylko poczekać i sprawdzić czy twórcy serialu podołali zadaniu przeniesienia książki na mały ekran. Stworzenie wiernej i jednocześnie udanej ekranizacja to nie lada sztuka i nawet doskonały tekst źródłowy nie gwarantuje powodzenia. Wydaje mi się jednak, że nowemu serialowi HBO należy się od widzów kredyt zaufania, bo jakby nie było, próbuje czegoś nowego. Sama stacja telewizyjna już go udzieliła – w momencie, w którym piszę te słowa, ledwo po premierze pierwszego odcinka, zamówiła produkcję drugiego sezonu. Zdjęcia rozpoczną się latem. Zachęcam do oglądania.