Powrót do przeszłości - Gasnący płomień

Gasnący płomień

Gdybym obejrzała Gasnący płomień pomijając sekwencję początkową i napisy końcowe, bez najmniejszych wątpliwości powiedziałabym: Hitchcock! Zarówno intryga, jak i atmosfera całego filmu doskonale wpasowuje się we wzorce ustalone przez mistrza suspensu. Świadomość, że film jest dziełem George’a Cukora obudziła we mnie najpierw wewnętrzny sprzeciw, który stopniowo ustąpił miejsca podziwowi.

Gasnący płomień jest wspaniałym przykładem na to, jak reżyser może zboczyć na chwilę z dobrze znanego kierunku, uzyskując przy tym doskonałe efekty.

Cukor powszechnie znany był jako „reżyser kobiet” – swoim aktorkom pomagał stworzyć wielkie kreacje, które często prowadziły je do najbardziej prestiżowych nagród (wieloletnia współpraca z Katherine Hepburn). Najczęściej tworzył lekkie, inteligentne komedie, szalenie przyjemne, choć przewidywalne (Filadelfijska opowieść, Żebro Adama, Urodzeni wczoraj). Na tym tle Gasnący płomień zdecydowanie się wyróżnia.

GaslightGaslight

Już od pierwszych kadrów poznajemy scenerię, w której będziemy się poruszać przez większą część filmu – owiany mgłą i tajemnicą Londyn stanowi doskonałe tło dla mających nastąpić wypadków. Na Thornton Square 9 dochodzi do tajemniczego morderstwa, ofiarą jest Alice Alguist – sławna i uwielbiana śpiewaczka operowa. Jej siostrzenica, Paula (Ingrid Bergman), nie może otrząsnąć się po tragedii, wyjeżdża do Włoch, by tam przez lata szkolić się na następczynię swojej ciotki. Zamiast sławy podróż na południe przynosi jej miłość – dziewczyna nawiązuje romans z akompaniującym jej pianistą Gregorym Antonem, kończy się on szybkim ślubem. Zaślepiona przez miłość do męża Paula jest gotowa na każde poświęcenie – za jego namową powracają do domu na Thornton Square. W niedługim czasie po wprowadzeniu się w domu zaczynają się dziać dziwne rzeczy, a Gregory skutecznie przekonuje żonę, że są one jedynie jej wymysłem. Stosuje najbardziej wymyślne techniki, by utwierdzić żonę w przekonaniu, że jest szalona. Paula, zaszczuta przez męża i pomagającą mu pokojówkę, w końcu sama zaczyna się uważać za psychicznie chorą. Odcięta od świata, zamknięta w ciemnym domu, pełnym szelestów, szeptów i przemieszczających się w niewyjaśniony sposób przedmiotów, staje się niezdolna do obrony.

Gasnący płomieńGasnący płomień

Niewątpliwie największą zaletą tego filmu są dwie główne postaci, grane przez Ingrid Bergman i Charlesa Boyera. Te role przyniosły obojgu nominacje do Oskara, jednak statuetkę zdobyła tylko Bergman – do dziś wykreowana przez nią postać bliskiej obłędu Pauli jest uważana za jedną z najlepszych w jej karierze (by dobrze odegrać chorą psychicznie kobietę, kilka tygodni spędziła na obserwacji pacjentek w szpitalu psychiatrycznym). Bergman ciągle jest inna – z łatwością przeskakuje z roli bezgranicznie zakochanej i bezgranicznie naiwnej dziewczyny, przez zaszczutą, pogodzoną z losem chorą, by w końcu dać się poznać jako zbuntowana, żądna zemsty i w pełni świadoma kobieta. Dla mnie jednak zdecydowanie lepsza jest kreacja Boyera. Niesamowite, jak wiele można wyrazić za pomocą samej mimiki i siły spojrzenia. W oczach Boyera możemy zobaczyć wszystko – miłość i obłudę, chciwość i przerażenie, upór i pogodzenie się z losem. Przechodzenie między tymi stanami następuje tak gładko i naturalnie, że momentami sami dajemy się nabrać. Czujemy dreszcze, gdy wyłania się z mgły, gdy z szaleństwem w oczach przeszukuje strych. To głównie on czyni całą historię tak wciągającą i absolutnie nie nużącą. Końcowe sceny filmu, w których stara się przekonać Paulę o swej miłości, potem tłumaczy jej swoje zachowanie, a my możemy dostrzec w jego oczach prawdziwe szaleństwo – to popis perfekcyjnej gry aktorskiej, która zapada na długo w pamięć. Ten film z pewnością należy do dwóch aktorów, a reszta jest dla nich tłem, poprawnym, dobrze wpasowującym się, jednak pozostającym na dalszym planie.

W Gasnącym płomieniu wszystko doskonale ze sobą współgra, nie pozostawiając miejsca na żadne potknięcia i dysonanse. Nastrój filmu tworzy przede wszystkim scenografia, nagrodzona Oskarem (Cedric Gibbons) – dom przy Thornton Square żyje własnym życiem, sam odgrywając jedną z głównych ról. Każdy przedmiot jest tam na właściwym miejscu, z właściwym sobie przeznaczeniem. Każdy ruch kamery wśród tych wnętrz ma na celu odkrycie przed widzem jakiejś tajemnicy, ale w ostatniej chwili dom jednak na to nie pozwala, broniąc zaciekle swoich sekretów. Można wręcz powiedzieć, że pomaga Antonowi w zastraszaniu Pauli. Lecz czym byłaby cała scenografia, gdyby nie genialne operowanie światłocieniem, wydobywające zarówno z postaci, jak i z wnętrz grozę. Cienie przemykające po ścianach podsycają lęki bohaterki, są straszniejsze od ludzi i przedmiotów, od których pochodzą. Bohaterka, nie mogąc przebić się przez wszechogarniający mrok, stopniowo mu się poddaje, gaśnie. Całość dopełnia muzyka (polski kompozytor Bronisław Kaper!), wkomponowana w obraz, zwiększająca napięcie w najwłaściwszych momentach, lecz nie będąca zbyt nachalną.

Gasnący płomień ma wszystko, czego potrzeba filmowi – dobrą historię, dobrą grę aktorską, dobrą oprawę techniczną. Nie jest arcydziełem. Z pewnością jednak wart jest zapamiętania i podziwu, podziwu dla starego kina, które nie mając do dyspozycji cudów współczesnej techniki, potrafiło wycisnąć ile się dało, z tego, co było w zasięgu ręki, osiągając przy tym takie efekty.

Autor: Agnieszka Drabek