Szachownica babskim okiem

Grao o tron

O Grze o tron mówiono na długo przed emisją serialu. Słyszałam wiele opinii, zwykle pochlebnych, a kilka nawet entuzjastycznych i… naturalnie mój kobiecy przekorny umysł ciągle mówił "nie", zwłaszcza dlatego, że polecającymi byli wyłącznie mężczyźni.

A faceci wiadomo co lubią: wojna, rzeź, rąbanka – i seks, nie zapominajmy o seksie. Pierwsze zerknięcie na chybił trafił do wnętrza książki i oczywiście natrafiam na… seks, a potem natychmiast brutalne morderstwo dokonane na siedmiolatku.

Fu! Co ten gość wypisuje?! Nie będę tego czytać! – i grube tomisko wraca z powrotem na półkę, a ja do lektury Pratchetta, który w swoich książkach nie zabija dzieci.

Aż nadeszła wiekopomna chwila, kiedy nie można już odwlekać znajomości z dziełem. "Gra o tron"… Już po parudziesięciu stronicach trudno nie oprzeć się wrażeniu, że istotnie przed mymi oczami rozciąga się plansza, a na nią kolejno wychodzą figury i rozpoczyna się gigantyczna partia szachów.

Jon SnowJon Snow

Jon Snow – bękart Eddarda Starka, figura czy pionek? Zdecydowanie figura. Choć bez prawa do nazwiska, jest kochający i kochany przez ojca oraz przyrodnie rodzeństwo. Podobnie jak wszystkie dzieci Starka, nie omija go prorocze wydarzenie i otrzymuje na wychowanie wilkorze szczenię, które nazwie Duchem. Solidny, prawy, opiekuńczy w stosunku do najmłodszych dzieci w rodzinie. Podoba mi się ten Jon Snow… Figurka wędruje w tajemnicze regiony szachownicy – na północ królestwa, gdzie stoi gigantyczny Mur z kamieni i lodu, ponoć obrona przed stworami ciemności. Jon wygląda mi na jedną z wież.

Przyglądam się Cersei z rodu Lannisterów, żonie króla. Pionek czy figura? Figura, choć chyba nie z tych najważniejszych. "Zła kobieta" – przyczepiam jej etykietkę i ze spokojnym sumieniem odstawiam na bok. I wówczas rozpoczynają się niespodzianki. O ile postacie w literaturze często przypominają płaskie tekturowe standy – kolorowy front i zero pleców – tu nie na darmo posługuję się metaforą szachownicy. Figury szachowe są wszak trójwymiarowe. Cersei wykonuje ruch, zmienia się kąt mego widzenia i królowa ze zwykłej "złej" staje się kobietą nieszczęśliwą w małżeństwie, a jej podły czyn znajduje jakieś tam niewielkie usprawiedliwienie. Już zaczynałam czuć do niej odrobinę sympatii, kiedy Cersei włącza się funkcja "zimna zdzira", a potem "matka, gotowa bronić swych dzieci za wszelką cenę i wszelkimi metodami". Pozostawia mnie w stanie kompletnego pomieszania. Nie lubię jej, lecz mimowolnie zaczynam szanować. Jej sytuacja życiowa nie należy do łatwych.

Eddard Stark, lord Winterfell, późniejszy Namiestnik Królewski jest całkowitym przeciwieństwem Cersei. Niewątpliwie jest wieżą – na szachownicy bije po linii prostej i z której strony by na niego nie spojrzeć, zawsze jest jednakowy: wyniosła mocna sylweta, zwieńczona regularnym krenelażem. Już wiadomo po kim Jon odziedziczył tę szlachetność charakteru. Uczciwość Eddarda, wierność i brak talentu do intryg ostatecznie okazują się cechami zgubnymi w sytuacji, kiedy zostaje osaczony przez Cersei i sforę Lannisterów. Żal mi człowieka, który został wykorzystany jako ilustracja do powiedzenia, że każdy dobry uczynek zostanie przykładnie ukarany.

Ned StarkNed Stark

Robert Barahteon – król krainy Westeros. I znów postać o wielu twarzach: żałobnik, gruby pijak i dziwkarz, dla Starka lojalny i wybaczający przyjaciel, dla Cersei brutalny mąż, dla jeszcze innych zabójca i uzurpator. Najwłaściwszą z nich wydaje się jednak "człowiek nie na swoim miejscu". Traktował zdobycie Żelaznego Tronu, wykutego z tysiąca mieczy jako rzecz ostateczną, a gdy nareszcie na nim zasiadł, skończyła się "wesoła rąbanka" i zaczęło się niewesołe królowanie, do którego nie ma ani serca, ani zdolności. Fatalny król, beznadziejny małżonek, utracjusz, topiący depresję w winie – przy niemałej kolekcji wad, budzi moje współczucie. Jako król jest nieszczęśliwy i godny politowania. Lepiej by mu było jako zwykłemu najemnikowi, włóczącemu się od bitwy do bitwy i od karczmy do karczmy. W końcu zakończyłby chwalebnie żywot gdzieś na polu bitwy, zostawiając po sobie gromadę dzieci z prawego i nieprawego łoża. Niestety, wybrał całkiem nieodpowiednią dla siebie ścieżkę.

Bran Stark – bystry siedmiolatek, uwielbia się wspinać. Pewnego razu znajduje się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiedniej chwili, co prowadzi do katastrofy. Jest ewidentnie pionkiem. Nie popycha akcji do przodu, raczej daje się unosić falom wydarzeń i obserwuje to, co dzieje się dokoła. Jednak autor oddał do dyspozycji głównych figur własne ścieżki narracyjne, a jedna z nich przypadła właśnie Branowi, co sugeruje, że chłopiec odegra jeszcze znaczącą rolę w dalszych tomach i awansuje z pionka na figurę. Intryguje mnie też jego sen o lataniu i zastanawiam się jak to się ma do pojawiających się później smoków.

Sansa – starsza z córek Eddarda Starka, ma dwanaście lat, ale wydaje się głupsza od swojej dziesięcioletniej siostry. Gdyby żyła tu i teraz wraz z nami, byłaby wzorową uczennicą podstawówki, wielką fanką "Zmierzchu", a obchodziły by ją przede wszystkim modne ciuchy, plotki z życia gwiazd i japońskie boysbandy. W stylizowanym na średniowiecze świecie George’a Martina Sansa bierze lekcje etykiety, haftuje makatki, szyje sobie sukienki i wzdycha na turniejach do przystojnych rycerzy (najlepsi są tacy w zbrojach z inkrustacją w niezapominajki). Smarkula jest tak irytująca, że mam ochotę ją udusić, zrzucić z balkonu, zamknąć w komórce i wyrzucić klucz do fosy. Ale oczywiście Sansa wykonuje swój ruch na szachownicy i w krótkim czasie z naiwnej gówniary przekształca się w zrozpaczone dziecko, które wcześnie poznało gorzką prawdę, że "piękne" nie musi automatycznie znaczyć "dobre". Moja nienawiść do tej postaci roztapia się i zmienia we współczucie. Już w pierwszym tomie rozpoczyna się przemiana Sansy z dziecka w kobietę. Jest na początku długiej i ciernistej drogi, ale być może na jej końcu z bezmyśnego pisklęcia przeistoczy się we wspaniałego ptaka. O ile wcześniej nie zginie…

SansaSansa

Ogar – "pies" następcy tronu, księcia Joffreya, postać zagadkowa. Brzydal o pobliźnionej twarzy, cynik, mówi mało, ale zawsze z sensem. Stoi po "złej" stronie, lecz autor pajęczymi nićmi wiąże go z Sansą. Ogar mnie intryguje jako postać wyjątkowo mało określona. Dowiedziałam się tego i owego o jego tragicznej przeszłości, lecz trudno przewidzieć, co się kryje za tą kamienną twarzą i w jaką stronę podąży.

Arya – kolejna Starkówna, nie mogę jej nazwać inaczej jak skoczkiem, porusza się po planszy równie zaskakująco, jest ogromnie energiczna i impulsywna. Dziesięcioletnia chłopczyca, chyba jedynie przez pomyłkę urodziła się jako dziewczynka. Jon ofiarowuje jej niewielki miecz, któremu dziewczynka nada imię Igły. Nieco później ojciec kapituluje wobec jej nieokiełznanego charakteru i oddaje córkę pod opiekę nauczyciela szermierki, "wodnego tancerza". Ciekawe, czy przeszło mu wówczas przez głowę, że owa decyzja uratuje Aryi życie?

Tyrion Lannister – karłowaty brat Cersei i Jaimego Lannisterów, postać wymykająca się zaszufladkowaniu. Jako Lannister powinien być tym "złym" i przez chwilę nawet nie mam co do tego wątpliwości. Tyrion jest lojalny wobec swojej rodziny, pozostaje w co najmniej poprawnych stosunkach z bratem, jednak jego zachowanie, drobne uprzejmości, sympatyczne gesty budzą wątpliwości – czy są szczere, czy może to jedynie zasłona dymna? Kiedy jest się karłem, nie sposób wymagać, by świat się ciebie obawiał, należy zdobywać jego sympatię, wrogów przemieniać w sprzymierzeńców. Nie mam pojęcia kim na szachownicy jest Tyrion, wiem jednak, że w kartach byłby jokerem.

I w końcu docieram do Daenerys Targaryen – najciekawszej moim zdaniem postaci, bardziej nawet interesującej od Tyriona, gdyż karzeł jest już postacią ukształtowaną i jedynie pozostaje rozwiązać jego zagadkę, natomiast Dany rośnie i dojrzewa na moich oczach. Po raz pierwszy widzę ją w scenerii gorącego południa, jako dziecko ledwo wkraczające w kobiecość, gdyż księżniczka ma niecałe czternaście lat. Jest zastraszona przez swego brata Viserysa, obsesyjnie marzącego o odzyskaniu tronu, zagrabionego przez Roberta Baratheona. Dany natomiast marzy o własnym domu, o spokojnym miejscu. Jako "sprzedana narzeczona" niespodzianie odnajduje miłość w ramionach dzikiego jeźdźca, rozpala się w niej z wolna "smoczy ogień", którym zwykle tak przechwalał się Viserys. Poznaję Dany jako dziewczynkę, a na końcu pierwszego tomu sagi widzę ją jako silną i dumną khaleesi z trójką małych smoków w ramionach. Ta chwila jest kluczowa – Daenerys może pójść każdą drogą: zostać wspaniałą władczynią Dothraków, przemienić się w krwawego potwora, albo stać się wybawieniem dla rozdzieranego wojną Westeros, gdyż nie można zapominać, że "nadciąga zima".

DaenerysDaenerys

Kiedy młodzi Starkowie otrzymują na wychowanie stadko wilkorów, jest to wydarzenie pełne symboliki, w zasadzie prorocze. Jeleń (zwierzę herbowe rodu Baratheonów) i wilkor (herb Starków) zabijające się wzajemnie, zwiastują nadchodzący konflikt. Jonowi, który jako bastard nosi nazwisko Snow (Śnieg) przypada albinos, który odłączył się od grupy rodzeństwa – jasno przedstawia to jego własną pozycję w rodzinie: połączony z innymi więzami krwi, ale mimo wszystko odmieniec. Duch podąża ze swym panem w wiecznie zimne północne regiony, gdzie będzie się przemykał między drzewami w lesie jak prawdziwy duch. Nymeria, która przypadła Aryi, jest równie dzika i niezależna jak jej pani. W pewnym momencie musi odejść – tak jak Arya zostaje oddzielona od reszty swej rodziny. Szary Wicher Robba na razie nie odznacza się niczym szczególnym, zapewne jego chwila dopiero nadejdzie. Podobnie jak zwierzę trzyletniego Rickona, nazwane przez chłopczyka po prostu Kudłaczem. Delikatna, subtelna Dama, należąca do Sansy, wydaje się odbiciem dziewczynki, a jej śmierć jest symboliczna. Po utracie Damy, sama Sansa musi pozbyć się delikatności i naiwności, musi "zabić w sobie damę", by ocaleć. Najbardziej intrygujący jednak wydaje mi się wilkor Brana, długo bezimienny, a w końcu obdarowany imieniem Lato. Skoro wedle sentencji Starków "zima nadchodzi", niewykluczone, że Bran i Lato w przyszłości będą obrońcami rodzinnego Winterfell przed stworami zimowej ciemności.

Figury na szachownicy suną zgodnie z wolą wszechwładnego autora, lecz trudno przewidzieć ich ruchy. Zwłaszcza, że szachistka ze mnie żadna. Ale właściwie… co to za partia, w której król został zmatowany już na początku? Chyba, że "królem" jest ktoś zupełnie inny.

Autorem tekstu jest Ewa Białołęcka, autorka takich książek jak "Kamień na szczycie", "Piołun i miód" oraz zbioru opowiadań "Tkacz iluzji", w późniejszym czasie wydanego nakładem Agencji Wydawniczej Runa jako "Naznaczeni Błękitem". Zajrzyj na stronę pisarki.