Recenzja finału Harry'ego Pottera

Cisza. Spokój. Połać wody, przypominająca lustro z odbiciem szyderczo uśmiechniętego Księżyca, zdaje się skrywać jakąś tajemnicę. Nie wiadomo już czy Mrok, który ogarnął mury Hogwartu, to zwykły kaprys nocy, czy też oddech otchłani przemierzającej mury szkoły magii. Uczniowie nie mogą się już czuć bezpiecznie – nie teraz, gdy prawo do funkcji dyrektora uzurpuje sobie zabójca profesora Dumbledora. Lekcje już nie są takie same. Korytarze niby znajome, a jednak zupełnie obce.

Harry Potter i Insygnia Śmierci cz.2 – długo oczekiwany ostateczny pojedynek młodego adepta sztuk magii z jego odwiecznym wrogiem nareszcie trafia na duży ekran w pełnym magii i rozmachu filmie. To nie jest zwykła historia. To nie jest zwykłe zakończenie. Siódma i ostatnia część cyklu o przygodach Pottera, podzielona na dwa filmy, to tak naprawdę wielkie wydarzenie w świecie filmu z jeszcze większymi wymaganiami ze strony fanów „zaczarowanej” twórczości J.K. Rowling. Wymaganiami, jakim ciężko sprostać rezygnując z kina czysto rozrywkowego na rzecz psychologicznej strony pojedynku Harry’ego z lordem Voldemortem. Dlatego też, cały seans to w większości sama rozrywka i już na wstępie zaznaczmy, że kosztem mrocznej strony ostatnich części omawianej serii, jesteśmy atakowani dużą ilością magii i żartów, poważnie kolidujących z powagą finalnej rozgrywki.

Fabułę filmu można opisać jednym zdaniem – ostateczny pojedynek zwolenników czarnej strony magii z Jedynym, który zagraża istnieniu Sami-Wiecie-Kogo. Przy tak drobiazgowo zbudowanej historii, sam finał zdaje się być wanną pełną ciepłej wody – spocznij, zrelaksuj się i pogódź się z tym, że to koniec. A szkoda. Książka, która z początku sprawiała mylne wrażenie ukierunkowania na młode pokolenie gum balonowych, z każdą nową częścią atakowała czytelnika dojrzałością i powagą godną podziwu. W tej książce – w tym długo oczekiwanym finale nic nie jest zwykłe. Magia – piękna, a zarazem niebezpieczna oraz otchłań, w jaką brnie główny bohater, chcąc zakończyć długą i wyczerpującą walkę z Sami-Wiecie-Kim to te cechy, które nadają przygodom Harry’ego Pottera miana „dojrzałej fantastyki”. Fani książki byli świadkami jak mroczna i niebezpieczna stała się droga obrana przez młodego magika.

Tego wszystkiego jednak w najnowszej produkcji Warner Bros brakuje. Mrok zastąpiony został efektami specjalnymi okraszonymi techniką 3D, zaś długie napięcie jest czasem na siłę przerywane dowcipami, czy to słownymi, czy sytuacyjnymi. Słowem – rozrywka z zatraconym klimatem. Finał, o którym na drugi dzień zapominamy. Dramat Harry’ego, co dziwne, przestaje nas obchodzić jeszcze przed tragicznymi wydarzeniami w Zakazanym Lesie. Kluczowa zdawałoby się dla rozwoju późniejszych zdarzeń scena wizyty młodego magika w myślodsiewni, jest tak naprawdę ostatnią sceną, kiedy jeszcze przejmuje nas finał tej historii. Kiedy jednak wyjaśnione zostaje to, czego można było się spodziewać uważnie śledząc losy bohatera, przy jednoczesnym pozornym zwrocie akcji, ujawniającym długo skrywane i z założenia zaskakujące sekrety, widz zdaje sobie sprawę, że jedyne, czego już oczekuje od filmu, to powtórki z pełnego efektów specjalnych ataku Śmierciożerców na Hogwart.

Ważną zaletą filmu Davida Yates’a jest pełna zgodność z książką. Może i doszukamy się brakujących scen, lecz z perspektywy czasu, nie mają one większego znaczenia. Zgodność z twórczością pisarki J.K. Rowling jest dużą zaletą całej filmowej serii. Nawet dokrętki robione już po zakończeniu prac nad drugą częścią Insygni Śmierci, prezentują się „zjadliwie”. Niestety mrok, który ogarniał kolejne części, smutek, a nawet przejawiająca się brutalność – tego wszystkiego po prostu nie ma, a jeżeli już jest, to podane w taki sposób, by 12-latek nie połknął ze strachu gumy. Brutalność nie jest wyznacznikiem dobrego kina, ale klimat już tak. Tego jednak brakuje, a samo zakończenie zaskakuje w negatywny sposób, co w dużej mierze można zarzucić już samej pisarce.

Film szczególnie dobrze będzie się oglądało tym, którzy książki nie czytali. Podstawowe pytanie, jakie widz stawia sobie już na początku seansu brzmi: „W jaki sposób Harry Potter pokona swojego największego wroga?”. Przepowiednia odkryta przez głównego bohatera w piątej części zatytułowanej Harry Potter i Zakon Feniksa jasno określa magiczną więź młodzieńca z lordem Voldemortem. Słowa, które od piątej części magicznego cyklu sugerowały zakończenie, tracą swą moc po ujawnieniu, tytułowych dla siódmej części, Insygniów Śmierci. Trzy przedmioty, które razem dają moc panowania nad śmiercią rzucają nowe światło na nadchodzący dużymi krokami finał. Pamiętajmy jednak, że w Hogwarcie nadeszły ciężkie czasy. Jeżeli więc nawet Dobro przechytrzy Mrok, to ilu przy tym ucierpi? Ilu zostanie poświęconych? To jest ta ponura część ostatniego etapu drogi młodego Pottera, jaką dostarcza nam David Yates. I choć buduje to nastrój grozy już w Insygnia Śmierci cz.1, to zamknięcie całego sagi skupia się głównie na akcji. Po prostu, finał nie jest kubłem zimnej wody, która chce powiedzieć „spójrz, ocknij się – już nigdy tego nie zobaczysz”. Film wygląda zdecydowanie jak jedna z części, kolejna po następnej. I tylko ci, którzy nie czytali ostatniej książki mogą jeszcze poczuć odrobinę napięcia, które znika tak szybko jak Harry w swojej pelerynie niewidce.

Powiedzmy jeszcze słowo na temat techniki 3D, gdyż warto o niej wspomnieć przy okazji tak wielkiego wydarzenia filmowego. Zdecydowanie wiele scen oddaje wrażenie głębi, co z kolei wpływa pozytywnie na opinie zwłaszcza, gdy wydaje się na seans kilkadziesiąt złotych. Kiedy smok zamyka paszczę, robi to przed nosem widza. Gdy feniks pali tajemniczą komnatę, czujemy ogień na brwiach. To jest piękne. Niestety-niewiele scen robi wrażanie. Co gorsza, zdaje się, że niektóre sceny nie były ani kręcone, ani konwertowane na 3D. Wystarczy zdjąć okulary podczas dialogów Harry’ego z „mało istotnymi” postaciami. Efekt? Harry drapie nas zarostem po twarzy, podczas gdy jego rozmówca pozostaje jakby na kartce papieru. Żadnej różnicy z okularami czy bez nich. A szkoda, choć tak naprawdę największy nacisk postawiono tutaj na sceny akcji sugerując, że to właśnie one powinny dostarczyć widzowi rozrywki, jakiej oczekuje. Zapewne szumnie promowana scena ze smokiem będzie wiodła prym wśród wszelakich recenzji omawianej produkcji, przy okazji opisywania wrażeń efektu głębi. Proszę się jednak nią nie sugerować w ogólnej ocenie.

Reasumując zatem powyższe wrażenia, jestem w stanie ocenić ostatnią z przygód Harry’ego Pottera na 6,5 w skali 10. Film jest ładnie zrobiony, nie nudzi, trzyma się wiernie książki. Słowem – ma to wszystko, czego pozornie można oczekiwać od dobrej ekranizacji. Zacytuję tutaj jednak wypowiedzi widzów, po obejrzeniu ekranizacji pierwszej części trylogii Władca Pierścieni: „brakuje klimatu z książki”. Wielki pojedynek dobra ze złem, epicki finał, zakończenie najsłynniejszej serii filmowej opartej na bestsellerowej powieści J.K. Rowling, laureatki prestiżowej nagrody im. Hansa Christiana Andersena – to wszystko wręcz wymusza na twórcach włożenie całego serca w produkcję tak oczekiwanego filmu. Czytelnik jednak, zamiast grozy, dostaje serię mniej lub bardziej zabawnych dowcipów oraz worek fleszy dumnie zwanych pojedynkami, których rozmach nie dorasta do ciekawej bitwy przedstawionej w Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa. Być może wymagania stawiane tej produkcji były na tyle wysokie, że aż wręcz nie do przeskoczenia. Być może. Dlatego też film jest z pewnością obowiązkowy dla każdego, kogo interesuje zakończenie tej niezwykłej, pełnej magii przygody. Wszystkim tym, którzy się wybiorą życzę udanego seansu, a sam w tym czasie zanurzę się w swojej wyobraźni, czytając po raz kolejny magiczne przygody młodego adepta sztuki magii, które chętniej niż film zabrały mnie do świata, w którym wszystko jest możliwe.


Adrian
Pasjonat filmu. Pasjonat rysunku. Pasjonat kobiety. Pasjonat trunku.