Warto odbyć Wyjazd integracyjny?

Amerykanie mieli Kac Vegas. My mamy Wyjazd integracyjny. Najnowszy film Przemysława Angermana, reklamowany jako "suma wszystkich kaców" ma nas ubawić – przerobić amerykański stek na polskiego schabowego tak, aby jeszcze długo po zjedzeniu pozostał dobry smak w ustach. Przecież to My-Polacy znamy się na kacu lepiej, niż koledzy zza oceanu. No właśnie… Na kacu to może i tak, ale w odgrzewaniu kotletów jesteśmy gorsi od studentów.

Wyjazd integracyjny opowiada historię pracowników firmy Polish Lody na zorganizowanej przez nią kilkudniowej konferencji. Mamy tutaj kilku potencjalnych inwestorów, wielu klientów i jeszcze więcej alkoholu. Sytuacja dosyć szybko wymyka się spod kontroli, zaś akcja zaczyna krążyć wokół prezesa Polish Lody (Jan Frycz), młodego specjalisty ds. HR (Tomasz Kot), dziennikarza (Tomasz Karolak) oraz byłej modelki (Katarzyna Glinka). I o ile pierwsze kilka minut seansu sugeruje rozrywkę w stylu Kac Vegas, o tyle później hasła reklamowe trafiają do kosza, zaś scenarzysta, zainspirowany widocznie produkcją To nie tak jak myślisz kotku, serwuje nam komedię pomyłek. Komedię, która nie dość, że nie traktuje w żaden sposób o kacu, to niestety także nie dorasta do pięt wspomnianej produkcji.

Parafrazując słynną wypowiedź słuchacza pewnej stacji radiowej, można rzecz: “Trzy słowa do producenta – to już było”. Historia, którą przelał na papier Adam Karolewski (scenarzysta), pomimo natłoku dowcipów sytuacyjnych, nie wychodzi ponad granice zwykłej komedii. Po prostu. Wyjazd integracyjny to film zwykły, bez silenia się na ciekawe przymiotniki. Mało w nim dobrych dowcipów słownych. Generalnie cała komedia opiera się o pewne sytuacje, które niestety także nie bawią. Śmiech na sali kinowej był sporadyczny, zaś na około 20 minut przed końcem seansu wielu widzów zaczął interesować kolor ich obuwia, ułożenie grzywki i architektura wnętrza. Słowem, wszystko to, co działo się poza ekranem. A szkoda, bo chciałem wierzyć w tę produkcję.

Aktorzy do swoich ról zostali dobrani dobrze, choć wyraźną postacią filmu jest jedynie Stasiak (Kot), czyli fajtłapowaty “świeżak” w szeregach firmy. Przebija on nawet duet Orzechowski-Topa, którzy grają tutaj tych niegrzecznych chłopców, co lubią dobrą zabawę. Mała pochwała należy się także dla postaci Gabi (Glinka). Przyznam, że pani Kasia gra dobrze swoją rolę, a ponadto wygląda naprawdę atrakcyjnie. Jednak oba te smaczki nie rekompensują braku wyraźnych charakterów, których zderzenie mogłoby dopiero wywołać prawdziwą burzę. Nawet Grzegorz Halama, którego występ mógłby wydawać się wisienką na torcie, nie śmieszy. Wszystko tutaj jest delikatne, bez polotu. Każda postać zarysowana, ale jakby niedokończona. Krótko mówiąc – wszystko to, co buduje nieprzyjemne określenie “niewypał”. Frycz, Kot, Figura, Orzechowski – ten sam skład, co w To nie tak jak myślisz kotku, lecz w o wiele gorszym wydaniu.

Szkoda materiału, ale widząc nazwę firmy Polish Lody sam nie wiem, czy brak pomysłu na nazwę ma być śmieszny, czy szykuje nam się Polish Kicz Production. Mając na uwadze hasła z plakatu, początek filmu wydaje się być “taki ładny, amerykański”. I tylko on jest w duchu tego, do czego chce nas przygotować dystrybutor. Zastanawia mnie więc, jaki jest w tym wszystkim sens – film zareklamowano jako coś zupełnie innego, zatem zawód u widza po seansie murowany. Gdyby jeszcze komedia broniła się tym, w czym Polacy są świetni – dobrymi tekstami… Mając jednak za sobą omawianą produkcję, coraz bardziej kształtuje się we mnie przekonanie, że powstała ona chyba tylko i wyłącznie na siłę. Było Kochaj i tańcz na famie Step Up. Jest i Polish Kicz Show korzystający ze wszystkiego i niczego. Niby oryginalny, a jednak schematyczny. Niby komedia, a jednak mina po seansie grobowa. Przyznam szczerze, że wyjazdu integracyjnego z takim ubawem nie chciałbym odbywać.

Ocena: 5/10

+1 punkt dodałem za utwór “W aucie” w wykonaniu Indian.


Adrian
Pasjonat filmu. Pasjonat rysunku. Pasjonat kobiety. Pasjonat trunku.