Bogowie i herosi - recenzja!

Dawno temu, w niebiosach rozgorzała wielka bitwa pomiędzy nieśmiertelnymi. Odkryli oni, że choć naturalna śmierć im nie groźna, to jednak potrafią unicestwiać siebie nawzajem. Bitwa była długa i wielu z nich zginęło. Podczas tego starcia zagubiony został Łuk Epirusa – jedyna broń o okrutnej mocy, niszcząca wszystko, co napotka na swej drodze. Ci, którzy wygrali, ogłosili siebie Bogami. Przegranych zesłano na Ziemię i zamknięto w ukrytym wewnątrz góry więzieniu. Tych nazwano Tytanami.

Takimi słowami rozpoczyna się “boska” superprodukcja Immortals. Bogowie i herosi 3D. Historia stworzona przez Charleya Parlapanidesa i okraszona wizją Tarsema Singha już 10 listopada nabierze pełnego rozmachu, ukazując nam brutalny, a zarazem cudowny świat mitologii greckiej. Piękni i silni Bogowie oraz cudowne ujęcia ukazujące siedzibę Nieśmiertelnych to jedyne obrazy dające wrażenie starożytnej sielanki. Film Singha z pozoru sugeruje rozrywkę żywcem wziętą z bajek dla dzieci. Ta piękna ziemia malowniczo opisywana jest niczym więcej jak piaskiem i brudem towarzyszącym na każdym kroku. Ci waleczni mężowie okazują się być barbarzyńcami, zaś ich śmiałe decyzje – brutalnymi czynami na drodze ku chwale, bądź własnym, bardziej przyziemnym pobudkom. Wszystko jest tutaj bardzo realne – nawet Bogowie wydają się być ludźmi, na barkach których spoczywa ogromna odpowiedzialność.

Film Immortals. Bogowie i herosi 3D prezentuje się naprawdę interesująco i bardzo klimatycznie. Widz zasiadając w fotelu na prawie 2 godziny przenosi się do starożytnej Grecji. A to wszystko głównie za sprawą reżysera. Tarsem Singh to człowiek z wizją. Wiele z jego produkcji (Cela, Magia uczuć) prezentuje sobą coś więcej oprócz fabuły. Ujęcia – przemyślane i dokładne. Sceny, gdzie co drugi kadr to oddzielny obraz, który z powodzeniem można oprawić i powiesić na ścianie. Podobnie sprawa ma się z Immortals. Choć nie mamy tutaj do czynienia z budżetem na miarę Władcy Pierścieni, to jednak żaden cent nie został zmarnowany. Świat przedstawiony na ekranie, pomimo że dobrze nam znany, wydaje się być częścią innego uniwersum. Kraj rodem z powieści fantasy, który dzień i noc obserwowany jest przez boskie istoty. Fani pomysłowych wizji Singha z pewnością będą zadowoleni. Ja osobiście doceniłem kunszt reżysera, pomimo iż nie należę do grona pasjonatów jego twórczości.

Produkcja Monolith Films szumnie reklamowana jako "dzieło twórców 300" ma jednak niewiele wspólnego ze wspomnianym filmem. Na przekór fanom obrazu Snydera jest to ogromna zaleta produkcji, która ukazuje ciekawy styl Tarsema Singha. Pojedynki w omawianej produkcji zostały zrealizowane z myślą o każdym detalu i przyznam, że bardzo mi przypadły do gustu. Każdy ruch przemyślany, pewny. Żadnego zbędnego “tłuczenia” przeciwników dla wypełnienia fabuły. Największe oczywiście wrażenie robią pojedynki, w których udział biorą Bogowie. Jednak Henry Cavill walczący o życie swojej matki, czy też pojedynkujący się z "Minotaurem" wypada krwawo i wiarygodnie. To już nie model tańczący w sandałach capoeirę, lecz aktor dobrze czujący się w scenach walk. Można wręcz stwierdzić, że starcia z udziałem Tezeusza przypominają pierwszą bitwę 300, kiedy to król Leonidas przełamał szyk w walce z atakującymi Persami. To wszystko – krew i zgrzyt oręża – przygotowuje widza na ponowne starcie Bogów z Tytanami, które z kolei, mówiąc wprost, “robi swoją robotę”. I nawet stroje Bogów, niezbyt reprezentatywne na zdjęciach, nie rażą widza. Każdy boski krok sprawia, że ziemia drży niczym po uderzeniu 50 ton o jej powierzchnię. Każdy ruch – szybki, precyzyjny i niedościgniony nawet dla najlepszego “ludzkiego” wojownika. Co jednak jest zauważalne w porównaniu rozmachu obu wspomnianych produkcji, to fakt, że pojedynki w filmie Zacka Snydera robiły większe wrażenie. One po prostu wgniatały w fotel. Oczywiście obaj panowie prezentują nieco inny styl, lecz także obu z nich cenię za porównane przeze mnie produkcje.

W całej tej pięknej wizji Singha nie zabrakło oczywiście wad. Z pewnością pierwsza myśl po wyjściu z seansu brzmi “całkiem nieźle, ale jakoś tego mało”. Reżyser nie sili się na rozmach i to widać, ale za to wkłada dużo pracy w sceny, które zostały już rozpisane. I według mnie tworzy to obraz klimatyczny, który broni się swoją “dokładnością” w każdym kadrze. Ponadto niestety szwankuje sama fabuła. Historia filmu skupia się tak na prawdę na dwóch postaciach – Tezeuszu oraz królu Hyperionie. Wszyscy bohaterowie grający u boku jednej ze stron wydają się być jedynie dodatkiem. Wszelkie relacje pomiędzy bohaterami są dosyć płytkie, a zatem śmiercią żadnej z postaci nie jesteśmy w stanie się przejąć. Nawet wątek romantyczny pomiędzy Tezeuszem a Wyrocznią graną przez Freide Pinto toczy się o wiele za szybko. Co się jednak tyczy głównych bohaterów – Henry Cavill wypada wiarygodnie. To już nie laluś w obcisłym gorsecie z loczkiem na głowie, lecz prawdziwy mężczyzna podejmujący własne decyzje. Także Mickey Rourke prezentuje się świetnie jako Hyperion – brutalny w swych czynach król, dążący do uwolnienia Tytanów w akcie zemsty na Bogach. Smutne losy barbarzyńcy, które doprowadziły go do tak skrajnej decyzji sprawiają, że w pewnym momencie przestajemy na niego patrzeć w kategorii “ten zły”. Można powiedzieć, że aktor osiągnął swój cel w kreowanej postaci, o którym wspomniał podczas ostatniego wywiadu. Sytuację, w której Zło nie jest już takie oczywiste. Zabrakło jednak kilku scen, które rozbudowałyby ten wątek, przez co spływa on jednak na mieliznę współczucia.

Jako miłośnik filmu traktującego o starciach wojowniczych Spartan, wyszedłem z Immortals zadowolony. Dobrze, że sceny walk w najnowszych produkcjach zaczynają promować kult “myślenia nad choreografią”, gdyż nie wygląda to już jak zwykłe machanie kijem w ręku. Piękne scenerie, ewidentnie odczuwalny klimat mitologii, wspomniane ciekawe sceny pojedynków oraz fakt kręcenia filmu kamerami 3D, na przekór ostatnim “niewypałom” (np. Starcie Tytanów), tworzy w całości obraz, na który warto się wybrać. Oczywiście, tak jak w przypadku 300, Immortals z pewnością nie przypadnie do gustu wszystkim, choćby ze względu na miejscami odczuwalny “niski” budżet (powszechnie krytykowane stroje Bogów), który według mnie został w pełni wykorzystany. Także efekt 3D nie psuje tej produkcji. Mam na myśli efekt głębi, który faktycznie jest odczuwalny, lecz wykorzystany tak na prawdę w kilkunastu scenach, w tym głównie podczas ostatnich boskich pojedynków. Być może wychowany na produkcjach dokumentalnych kina IMAX oczekiwałem czegoś więcej, ale przyznam, że w żadnej z oglądanych produkcji fabularnych nie odnalazłem celu swych poszukiwań. Raz jest lepiej raz gorzej – w przypadku Immortals jest nieźle, choć z pewnością nie jest to atutem filmu Singha godnym reklamy.

Tak więc ocena 8 w skali 10 należy się reżyserowi bezwzględnie z trzech prostych powodów:
- za nietuzinkową produkcję,
- za wizjonerskie podejście do tematu (ujęcia, scenerie, pojedynki),
- za otwartą furtkę dla kontynuacji, która sugeruje porządną wojnę.

Dlatego polecam zapoznać się z filmowymi pomysłami Tarsema Singha poprzez produkcję Immortals. Bogowie i herosi 3D. Ja tym czasem czekam na pierwsze wyniki światowego box office z nadzieją, że jednak dojdzie do kontynuacji.

Ocena: 8/10


Adrian
Pasjonat filmu. Pasjonat rysunku. Pasjonat kobiety. Pasjonat trunku.