Widzieliśmy to Coś

Człowiek, to najcieplejsze miejsce, w którym można się ukryć. A co jeśli postać, którą widzisz, już dawno przestała nim być, a jej jedyna ludzka cecha to zewnętrzna powłoka?

Klaustrofobiczny klimat grozy. Walka ze wszystkimi towarzyszami. Brak zaufania i ta ciągła niepewność czy to już koniec. Wszystkich tych obaw już doznaliśmy. Najnowszy film Matthijsa van Heijningena to próba wyjaśnienia krwawych wydarzeń na Antarktydzie. Próba, która nie wszystkim przypadnie do gustu.

Coś, będące prequelem kultowego już obrazu w reżyserii Johna Carpentera, stara się za wszelką cenę wskoczyć w ramy filmu, który zainteresuje fanów wspomnianego dzieła. Twórcy trzeźwo zauważyli, że remake nie jest najlepszym posunięciem w przypadku tej produkcji, więc postawili wszystkie karty na wykreowanie historii sprzed wydarzeń, znanych z filmu Coś z 1982 roku. Matthijs van Heijningen Jr. oraz Eric Heisserer włożyli dużo pracy w to, aby wydarzenia z wziętej na warsztat produkcji były ewidentnym następstwem tego, co w tym roku ujrzymy na dużym ekranie. Oznacza to, że widz znajdzie wyjaśnienie dla zwęglonych zwłok istoty pozaziemskiej, bryły lodowej wewnątrz stacji badawczej, zamrożonej postaci w jednym z pomieszczeń, a nawet dla wbitej w ścianę zakrwawionej siekiery. Ostatnie zaś sceny, podczas napisów końcowych, to nic innego jak ewidentny łącznik pomiędzy obiema produkcjami, wyjaśniający jedne z pierwszych scen filmu Carpentera. Nie jest to zatem zwykła produkcja bazująca na pozycji kultowej, lecz ewidentny początek, za co z pewnością należy się duża pochwała dla jego twórców.

Pierwszy pełnometrażowy film van Heijningena to bardziej dynamiczna od oryginału odsłona krwawych wydarzeń na stacji badawczej na Antarktydzie. Jak zapewnił sam reżyser, jego produkcja to nie żadna kopia istniejącego dzieła, lecz samodzielny obraz. Obcy – bardziej zwierzęcy, oszołomiony. Jego ataki – bardziej instynktowne. Przyznać należy, iż jest to słuszne wyjaśnienie zachowań istoty obcej cywilizacji, która po wydostaniu się z “lodowego więzienia”, próbuje powrócić na swój statek kosmiczny. Jak się szybko okazuje, drapieżnik stanowi bardziej rozwiniętą formę życia. Nic więc dziwnego, że lekceważy człowieka jako przeciwnika. Kierując się instynktem, dąży do ucieczki z obcej dla niej planety. To może tłumaczyć w prostej linii, dlaczego obcy w filmie Carpentera stał się cichym zabójcą. Widocznie ucząc się na błędach wyniesionych ze spotkania z Norwegami, kreatura zaczęła dostrzegać w ludziach wyraźne zagrożenie. Wszystkie powyższe spostrzeżenia jawnie dowodzą, ile pracy włożyli twórcy nadchodzącego filmu, aby dostarczyć nie lada gratki dla fanów filmu z 82 roku. Przyznam, iż takie smaczki sprawiają, iż widz ma ochotę przypomnieć sobie kultową już pozycję, traktującą o dalszych losach istoty obcej cywilizacji.

Skoro więc omawianą produkcję tworzyli fani dzieła z 1982 roku to można przypuszczać, iż włożyli oni tyle samo pracy w zbudowanie solidnej fabuły z klimatem klaustrofobicznej nieufności, co we wspomniane wyjaśnienia pewnych okoliczności oraz idealne odwzorowanie scenerii. Niestety – klimat grozy jest tutaj najgorszym aktorem. Dużą zaletą oryginalnego Coś jest fakt, iż wiele rzeczy było niedopowiedzianych. Widz nie dostawał wszystkiego na tacy. Napięcie było stopniowane, zaś potwór pokazywany jedynie w migawkach, nigdy w całej okazałości. W przypadku filmu van Heijningena cała otoczka niepewności oraz naukowej fascynacji została sprowadzona do minimum. Scena ucieczki istoty pozaziemskiej następuje bardzo szybko i aż trudno uwierzyć, iż więziona przez lata w pokrywie lodowej, znajduje w sobie na tyle dużo siły, aby roznieść bryłę, w której została wydobyta. Twórcy widocznie uznali, iż skoro widzowie i tak wiedzą z czym mają do czynienia, to nie ma sensu robić z tego zagadki. Fabuła filmu jest miejscami bardzo przewidywalna i wpisuje się w kod zero-jedynkowy. Rozmowa-akcja. Obcy, bardziej niż chęć powrotu na swoją planetę, przejawia żądzę mordu. A szkoda, gdyż psuje to całkowicie tajemniczy klimat dzieła Carpentera. Nie ma mowy o zaskoczeniu – wszystkie sceny z atmosferą nieufności nie mają czasu się rozwinąć, gdyż nachalnie przerywane są kolejnymi atakami. Nie ma mowy o podejrzeniach wobec załogi – relacje bohaterów okazują się na tyle płytkie, by od razu wskazać odpowiedni tor.

W wyniku powyższych zabiegów ze strony panów van Heijningena oraz Heisserera, głównym bohaterem filmu Coś wbrew pozorom nie jest żaden z aktorów. Oczywiście tytuł jawnie sugeruje, iż mamy tutaj do czynienia z istotą pozaziemską, lecz w takich produkcjach wyrazisty bohater jest niczym magnes – to jego losami tak na prawdę widz powinien się przejąć. Pierwsze skrzypce w nadchodzącej produkcji grają Mary Elizabeth Winstead, Joel Edgerton oraz Ulrich Thomsen, lecz z powodu płytkiej fabuły, pozostają cały czas na drugim planie. Brak tutaj Kurta Russella szukającego pozaziemskiej istoty, Sigourney Weaver walczącej z obcym, czy Schwarzeneggera goniącego za Predatorem. Kogo więc mamy? Ufoludka, którego pasja “dzielenia i mnożenia” jest bardziej akcentowana, aniżeli ludzkie emocje. Sama zaś postać obcej istoty to już kolejny hołd dla filmu z 1982 roku. Aby ograniczyć wykorzystanie techniki CGI, twórcy postanowili popracować z kukłami. Istota z innej planety wygląda realistycznie, lecz niestety tylko do momentu, gdy przychodzi czas pokazania w całości pozaziemskiej kreatury z ludzką twarzą. Obcy prezentuje się naprawdę ciekawie, jednak w przypadku skradzionego oblicza, nie można powiedzieć, iż wygląda ono “nieludzko”. To byłby komplement. Ono po prostu wygląda sztucznie.

Patrząc zatem na omawianą produkcję, można pomyśleć “Coś nie wyszło”. Co prawda w ogólnym rozrachunku ogląda się ją przyjemnie, lecz to już nie jest to Coś, co od 1982 roku przyprawia o szybsze bicie serca. Na plakacie dostajemy piękne hasło “Największe odkrycie ludzkości, może być początkiem jej końca”. Odkrycie może wielkie, bo i ekran duży, lecz fascynacji nim za grosz. Film Matthijsa van Heijningena na każdym kroku przejawia potencjał, nie zawsze wykorzystany: kładzie duży nacisk na zwierzęcą stronę natury obcego stworzenia, sprowadzając ją niestety głównie do mordu; wyjaśnia wiele z tego, co nie zostało dopowiedziane w produkcji Johna Carpentera, nie próbując jednak wyskoczyć ponad granicę wieczornej rozrywki. Skupiono się tutaj na faktach, lecz nie na ciekawej fabule. Dużo uwagi poświęcono możliwościom obcego, nie siląc się na klimat tajemniczej grozy, tak bardzo odczuwalny w oryginale. Słowem – prequel filmu sprzed blisko 30 lat tworzyli fani, dla których każdy kadr dzieła Carpentera to perełka. Twórcy na tyle chcieli upodobnić swoją produkcję do wspomnianego oryginału, że zaczęli nawet kopiować niektóre sceny (najbardziej widoczna jest narada przy płonących zwłokach obcej istoty, jawnie nawiązująca do monologu Kurta Russella). Czasem padają nawet kwestie zbliżone do tych, znanych widzom z oryginału.

Reasumując: w kategorii horroru jest nieźle. W kategorii rozrywki, smacznie. Dla jednych fanów obrazu z 82. roku, omawiany film będzie niczym więcej jak imitacją istniejącego dzieła z akcentem na wybrane fragmenty. Dla drugich, ciekawą produkcją ukazująca rozwój inteligencji istoty pozaziemskiej. Ja, jako zwykły widz, bawiłem się dobrze pomimo widocznej sztampowości i naiwności.

Ocena: 6,5 za wyraźny pomost pomiędzy obiema produkcjami.


Adrian
Pasjonat filmu. Pasjonat rysunku. Pasjonat kobiety. Pasjonat trunku.