To będzie Rzeź

Bóg mordu to jedyny Bóg, który rządzi niepodzielnie od zarania dziejów. Władza równa się siła. Prawo silniejszego zawsze ma swój czas, zaś rację ma ten, kto ma władzę. W wyniku dużych napięć, niezliczonej liczby naruszonych strun nerwowych, zdartego gardła oraz stosu powyrywanych włosów, “koniec świata” dla czwórki głównych bohaterów właśnie nastąpił… ale i tak było fajnie.

Rzeź można w prosty sposób określić mianem “rozgadanej” produkcji Romana Polańskiego, do której scenariusz powstał na podstawie sztuki Yasminy Rezy pt. “Bóg mordu”. I to właśnie tytuł dzieła autorki idealnie tłumaczy poczynania bohaterów, odnosząc się do ukrytej mniej bądź bardziej natury każdego człowieka. Sama tytułowa rzeź jest niejednoznaczna w odniesieniu do zdarzeń jakie widz zobaczy na ekranie. Nerwy, brak opanowania i idący w parze coraz bardziej uszczypliwy humor to wszytko tworzy kostkę Rubika, która raz przekręcona burzy cały ład, zaś źródło problemu, jak się okazuje, tkwi tak na prawdę w nas samych.

Omawiany tytuł jest w pewien sposób tożsamy z filmem z poprzedniej dekady – Telefon, w reżyserii Joela Schumachera. Obie wspomniane produkcje są dosyć krótkie, gdyż trwają raptem kilkanaście minut ponad godzinę, lecz jednocześnie są na tyle intensywne w dialogach, iż ciężko otrzeć się tutaj o nudę. Oba filmy wydają się być kompletne, bo cóż innego jeszcze można powiedzieć? Nie ma miejsca na “wypełniacza czasu” – dialog za dialogiem napędzają pociąg pełen nerwów, który osiąga już taką prędkość, że w konsekwencji musi się wykoleić. Humor jest tutaj jednak często dość hermetyczny, więc o ile salwy śmiechu na sali były obecne, o tyle część widzów uzna ten film za “przegadany”. Słów, które padają… cóż, jest ich dużo, lecz dają do rozumienia, że każda minuta została przynajmniej raz przemyślana. Zwykłe pobrzdąkiwanie pod nosem w ramach młodzieżowego focha, przedrzeźniające gesty, wywijanie oczami – to wszytko prowadzi nie tyle do dobrze wypowiedzianego tekstu, co do oddania codziennych zachowań ludzkich w każdym calu. Stwierdzenia – często trafne, będące elokwentnym podsumowaniem chwilowego bełkotu, są domeną prawnika Alana (Christoph Waltz). Dowcipy – przeważnie uszczypliwe, wieńczące nadchodzący wybuch frustracji niespełnionej Nancy (Kate Winslet). Zachowania – bardzo ludzkie i wręcz znajome, prezentowane przez, wydawać by się mogło, spełnione emocjonalnie małżeństwo Penelope (Jodie Foster) oraz Michaela (John C. Reilly). Słowem – te wszystkie kontrasty, które tworzą kino ciekawe, niektórym mogą w finale wydać się nieco przekrzyczane. A to wszystko za sprawą niezrozumianej przez otoczenie i emocjonalnej obrończyni wartości ludzkich, z genialną rolą Foster. I choć z czasem jej postać budzi litość w przerwach, gdy taśma klejąca wręcz sama się prosi o to, aby zakleić usta bohaterki nieradzącej sobie w chwilach uniesienia, to niewątpliwie Jodie jako jedyna miała okazję ukazać swój kunszt aktorski. Stworzyła postać, która jest bardzo wiarygodna, a przy okazji… upija się na smutno.

Gdyby więc w prostym porównaniu film naszego rodaka nazwać ringiem, to na jego deskach zobaczymy parę zwykłych ludzi kontra wyższe sfery. Zasady budowania takiej komediowej rywalizacji są proste – inne postacie, inny świat, a jednak potrzeby te same, wpasowane jedynie w odmienne słowa. I to one dopiero stanowią wyzwanie, z idealnym dopełnieniem poprzez komunikację niewerbalną. Reżyser już na wstępie zwraca uwagę na uniwersalną i godną pogardy pierwszą ocenę wzrokową przy spotkaniu zamożnych i biedniejszych – lepszy/gorszy. I tutaj z pewnością na pierwszy plan wysuwa się z kolei umiejętność dogadywania osobników płci brzydkiej, co z kolei Polańskiemu wyszło świetnie. Dlaczego mężczyźni w jednej chwili potrafią sobie dogadywać, by za minutę żyć w zgodzie? Gdzie spoiwo, znane jako “pogodzenie”? Brak. Po prostu – im na tym całym patetycznym smęcie najzwyczajniej w świecie nie zależy. Być może pozostają dziecinni – nowy motylek, nowy punkt zainteresowań. Dzięki temu jednak mniej biorą do siebie i przez to są zdrowsi psychicznie (z całym szacunkiem dla Was drogie panie). “Nie ważne, że nasi synowie właśnie spuścili sobie łomot. Przynajmniej w końcu załatwili to jak mężczyźni. A teraz – masz ochotę się napić?”. Oczywiście powyższe stwierdzenie przeszło przez krzywe zwierciadło, niemniej sprzedawca wyposażenia kuchennego/WC oraz prawnik to ludzie, których dzieli wszystko, łączy zaś aż jedno – bycie facetem. Ta jedna prosta “cecha” detronizuje wszelki światopogląd, często przekoloryzowany dla lepszego samopoczucia partnerki, dla której, z niewiadomych przyczyn, wszystko ma OGROMNE znaczenie. Niewiadomych oczywiście tylko dla płci brzydkiej. Te sceny z pewnością wywołają uśmiech na twarzy każdego mężczyzny, bo nie ma nic zabawniejszego, jak oglądanie z boku podobnych do własnych zachowań.

Co zatem pozostaje po zderzeniu Romana Polańskiego z dużymi dziećmi? “Popiół i nic więcej” w głowie bohaterów. U widza zaś uśmiech, mile spędzony czas i dezorientacja po uzmysłowieniu sobie, iż nigdy nie przestajemy być infantylni. Reżyser stworzył komedię, być może pozbawioną ciekawej gry słownej (nie mylić z dobrymi dialogami), lecz bez wątpienia uniwersalną, którą cechuje jedno proste przesłanie – nie rób nic na siłę. Chcesz ulepszać świat? To spójrz najpierw w dowód i sprawdź, czy nazywasz się Clark Kent. To jest (nie)zwykłe życie, gdzie kluczowe “nie” zostało ciekawie uchwycone przez reżysera – zauważalne, lecz na tyle znane, że aż normalne. Dlatego jeśli nie cierpimy na głód efektów specjalnych, chcemy się odprężyć i lubimy komedie mówione (nie mam na myśli jedynie miłośników twórczości Woody’ego Allena), to polska Rzeź w amerykańskim wydaniu dostarczy nam rozrywki na odpowiednim poziomie.

A swoją drogą – gdyby się tak zastanowić, to plakat do filmu, na którym widać jeden grymas każdego z aktorów, idealnie oddaje prawdziwą naturę danej postaci. Zwróćcie na to uwagę po wyjściu z seansu, gdyż być może to tylko skromny recenzent poczuł chęć nadinterpretacji.

Ocena: 7/10


Adrian
Pasjonat filmu. Pasjonat rysunku. Pasjonat kobiety. Pasjonat trunku.