Scorsese i jego wynalazek

Hugo i jego wynalazek to dzieło nietypowe – bajeczna rozrywka fabularnie skierowana do starszego widza. Martin Scorsese, bazując na najsłynniejszych filmach Georges’a Mélièsa, stworzył śmiałą wariację prawdziwych wydarzeń–karykaturę rzeczywistości z niezwykłymi kadrami, które z powodzeniem można oprawić i zdobić nimi ściany. I o ile tempo przygody z czasem nieco zwalnia, to wizualna strona zachwyca, próbując dostarczyć magii, którą jako pierwsze przejawiały odbijające się głośnym echem filmy wspomnianego twórcy kina niemego.

Gdyby czerpać słowa z tytułu omawianej produkcji, to można śmiało napisać, iż najnowszy film Martina Scorsese to tak naprawdę wynalazek samego reżysera – eksperyment, który, mówiąc wprost, zaczyna się naprawdę pięknie. Krajobrazy, czy ujęcia zasypanego śniegiem miasta przywodzą na myśl malownicze pocztówki świąteczne z bajecznymi kolorami. Dowcip i nutka tajemniczości dają świetny wstęp także dla młodego widza, zaś efekt głębi dodaje uroku, bez którego Hugo wydaje się nie istnieć. Tę właśnie pożądaną przez widza głębię obrazu reżyser starał się wydobyć z każdej niemal sceny, prowadząc czasem kamerę w tym jednym konkretnym celu. Momentami można odnieść wrażenie, iż efekt 3D to magiczna postać, która z pierwszą sceną łapie widza za rękę, by wciągnąć go w wir dalszych wydarzeń. Płatki śniegu na naszej twarzy, mijający nas ludzie i zwierzęta, czy też olbrzymi peron, po środku którego jesteś właśnie TY utwierdzają w przekonaniu, że jednak istnieją filmy fabularne potrafiące zachwycać magią kina trójwymiarowego. Co więcej, omawiana produkcja, a przyznać należy, iż jest to jej ogromną zaletą, wywiera podobne wrażenie co swego czasu świetna Opowieść wigilijna. Kamera prowadzona z rozmysłem, pojawiające się momentami motyle w brzuchu w ujęciach z lotu ptaka – to wszystko na długo pozostaje w pamięci. I gdyby tylko ta magia zalała pozostałe kadry, to z czystym sumieniem można byłoby odradzać seanse 2D. Z powodu jednak tak, a nie inaczej zbudowanej fabuły, miejscami niestety ona po prostu zanika.

Fabuła filmu, o czym warto wspomnieć, skupia się na tajemnicy pewnego człowieka – tajemnicy, po której jedyny ślad zamknięty został w mechanizmie symbolizującym piszącego mężczyznę. Ta wątłej postury mechaniczna postać jest źródłem szeregu wydarzeń prowadzących do wielkiego odkrycia, jawnie nawiązującego do życia i twórczości słynnego reżysera kina niemego. Coś co obecnie jest dla nas historią, w filmie Martina Scorsese nabiera kształtów baśni – widowiska, którego małe dziecko może jednak nie zrozumieć. Dlatego też, przed przystąpieniem do seansu warto zapoznać się z biografią Georges’a Mélièsa – człowieka, o którym śmiało można powiedzieć, iż nadał obrazom ruchomym nowy tor. To właśnie on wymyślił słynne ujęcie z wbitą w oko księżyca rakietą. Tworzył filmy z pasją i pomysłem, by nagle stracić swych odbiorców i w konsekwencji wrzucić w paszczę płomieni cały swój dorobek… cały przynajmniej w jego mniemaniu. Ta trudność odbioru treści i powagi seansu ogranicza grono potencjalnych odbiorców, gdyż uznanie odnaleźć może głównie u starszego widza. Z tego też powodu punktacja omawianej produkcji jest wielce dyskusyjna.

W przypadku jednak wrażeń wizualnych, „swobodna ręka” Martina Scorsese ucisza całą krytykę. Reżyser luźno operuje na znanych dziełach Mélièsa, czy też wydarzeniach z przełomu wieku XIX-XX. W wielu scenach przejawia się wspomniane już i znane zapewne każdemu filmożercowi słynne zdjęcie z filmu Podróż na Księżyc z 1902 roku, czy też wariacja z ewidentnym tematem przewodnim katastrofy pociągu na dworcu “La Gare de Paris-Montparnasse” w 1895 roku. Sam Paryż w wizji Scorsese jest na tyle malowniczy, że można uwierzyć w istnienie Nibylandii. Barwny, tętniący życiem i przerysowany z niezwykłym wyczuciem smaku. Każdy zaułek skrywa ciekawą tajemnicę, zaś pustki na ulicach odsłaniają mocarne konstrukcje, które bez większego wysiłku wyłaniają się ponad ramy codziennej zabudowy. Reżyser w swej odważnej mieszance buduje obrazy, które z powodzeniem zagnieżdżają się w pamięci widza jeszcze na długo po seansie. Tworząc magiczny klimat prowadzonej przygody, reżyser śmiało dąży do osiągnięcia tego, co kiedyś udało się Mélièsowi – niezwykłego widowiska, które zachwyci widzów. Jest to perełka, która potęguje sukces twórcy Chłopców z ferajny. Perełka, jakiej głównym celem jest oddać hołd wizjonerskim jak na owe czasy produkcjom Georges’a Mélièsa, a tym samym kunsztowi tegoż reżysera. Filmy jego były bowiem swego czasu niezwykłe, a każdy pomysł twórcy wyprzedzał jego epokę. To właśnie Méliès jako pierwszy udowodnił, iż obraz ruchomy może spełniać marzenia – przenosić nas do nieosiągalnych i nieistniejących światów, by móc przeżywać przygody, wprost z naszych snów.

Nie da się zatem ukryć, iż Martin Scorsese padł ofiarą zachwytu Mélièsa. Reżyser puszcza wodze swojej wyobraźni jedynie w kilku kluczowych fragmentach filmu, by później sprowadzić je do ram miłego uzupełnienia. Miejscami brakuje mu tej lekkości i spontaniczności, jaką przejawiały dzieła twórcy Podróży na księżyc, a którą w wielu scenach Scorsese udowadnia, iż posiada. Zbudowana baśń z czasem staje się życiem, zaś bajeczna przygoda traci swą lekkość. I proszę mi wierzyć, iż ciężko nazwać to wadą tejże produkcji. Historia, którą poznajemy, czasem nieco się dłuży, lecz jednocześnie posiada drugie dno. Reżyser w sposób „smaczny” miesza fakty z fikcją. Doświadczony w realizowaniu filmów poważnych, nie wpycha nam kolejnej płytkiej bajki. Oczywiście Hugo z całą pewnością wpisuje się w ramy filmu familijnego – wszystkie karty zostają w końcu wyłożone na stół, więc młody widz z pewnością zrozumie podstawy historii. Dużo humoru wprowadza także postać stróża paryskiej stacji z komiczną powagą filmowego Borata. Jednak omawianą produkcję docenią w pełni jedynie ci, którym po pierwsze bez trudu przyjdzie oddać się wizualnej stronie najnowszego dzieła Martina Scorsese, zaś po drugie, co dużo bardziej istotne, dostrzegą wszelką – czasem ukrytą i zgrabną wariację na płaszczyźnie prawdziwych wydarzeń. Faktem jest, iż reżyser zaskakująco sprawnie wysypuje przed nami worek pełen skrywanej wyobraźni. Wyobraźni, która naprawdę zachwyca, lecz dozowana jest do tego stopnia, iż przyjemność z oglądania Hugo jako niezwykłej przygody ustępuje miejscami rzeczywistości, zaś widz zostaje pozostawiony na peronie ambitnej fabuły, w oczekiwaniu na pociąg pełen niesamowitych wydarzeń, który z takim powodzeniem wciągnął go w trójwymiarową przygodę.

W zawiązku z powyższym, omawiany film będzie moim pierwszym, który ocenię w dwóch kategoriach. Dla widowni w wieku do 12 lat być może ocena 6,5/10 będzie trafna w kategorii lekkiej przygody. Dla mnie, jako nieco starszego widza, najnowsze dzieło Martina Scorsese bez wątpienia zasługuje na ocenę 8 w skali 10.


Adrian
Pasjonat filmu. Pasjonat rysunku. Pasjonat kobiety. Pasjonat trunku.