Polski akcent - recenzja Kolibra

Niewielu polskich aktorów może się poszczycić występem u boku światowej gwiazdy kina. Niewielu także może taki występ zaliczyć do udanych. Wspominam o tym, ponieważ ostatnio podobną przygodę zaliczyła Agata Buzek. Czy wyszło na plus? Hm…

Wielkie, wielkie 'Hm', bo Koliber, a tak nazywa się produkcja w której zagrała Buzek u boku Jasona Stathama, to film akcji połączony z dramatem.

Takich mieszańców jest niewiele, za to wiele jest złych i by podobne zaburzenie koncepcji wyszło co najmniej ok, role muszą być odegrane na pewnym, stałym, poziomie, który tutaj, moim zdaniem, jest. Nie najwyższy, ale do otchłani beznadziei mu daleko. No i fabuła prezentuje się całkiem interesująco.

Były członek sił specjalnych, po dramatycznych przeżyciach na misji, zostaje bezdomnym i wiedzie smutne życie na ulicach Londynu. Wszystko się zmienia gdy pewnego razu, przez przypadek uzyskuje tożsamość innego człowieka.

Opis nie oddaje wszystkiego co w filmie można zobaczyć. Cały czas postać Stathama, Joey Jones, zmaga się z traumą pozostawioną przez wojnę oraz ze swoją własną, agresywną osobowością. Na przeciw jednak staje Buzek czyli filigranowa zakonnica Cristina, która pozytywnie oddziałuje na byłego żołnierza lecz popada z nim w coraz bliższe kontakty.

Oczywiście występu Stathama nie ma co specjalnie oceniać; ten człowiek to chodzący pewniak – zawsze gra swoje, rzadko pokazuje więcej, ale i tak każdy mu to wybacza. Ja także. Za to Buzek miała trudniejsze zadanie. Musiała nie tylko wyrównać poziom gry ze swoim ekranowym partnerem, ale także wczuć się w zupełnie nowy model charakteru, z którym nie miała wcześniej styczności. Wyszło nieco nierówno, aczkolwiek mogłoby być lepiej. Mogłoby gdyby reżyser się trochę nie pogubił.

Steven Knight stworzył bardzo dobre postacie, z tłem, historią, własnymi problemami i marzeniami, ale odrobinę zapomniał się, że tworzy też film akcji, w którym głębia jest ścierana w pył przez wybuchy, strzelaniny, bójki i krew. I w tym połączeniu nie byłoby nic złego gdyby reżyser zdecydował się na jedną, główną ścieżkę, a nie próbował iść kilkoma na raz. W rezultacie postacie nie mają czasu się rozwinąć ani poruszyć widza, bo następna scena to bezmyślna przemoc.

W produkcji Knighta jest także wiele, mniejszych lub większych, nieścisłości lub momentów, w których lubiący bliskość rzeczywistości widzowie mogą pokiwać z niechęcią głową. Jednakże to właśnie motto "co by było gdyby" napędza biznes filmowy i wszystkie zbiegi okoliczności jakie mają miejsce w opowiadanej historii to wybaczalne błahostki.

Ogólnie rzecz biorąc Koliber, to próba. Próba na tyle interesująca, że warto na nią zwrócić uwagę. Mimo, że aktorsko Statham wypada tak samo jak np. w serii "Transporter", a Buzek widocznie próbuje i czasem trudno w nią uwierzyć, to całość prezentuje się na tyle porządnie, że seans nie męczy i dostarcza minimum rozrywki nawet najbardziej wymagającym widzom.

P.S. A Agata, w ogólnym rozrachunku, jednak na plus.

Marcin Darski
marian-pisze.blogspot.pl


Marcin Darski
Nonkonformista. Samozwańczy krytyk i przyszły autor bestsellerów. Prowadzący bloga Jay's World.