Nicolas Winding - Refn

W 2011 roku na festiwalu w Cannes, Złotą Palmę w kategorii Najlepszy reżyser otrzymał Nicolas Winding Refn. Statuetkę przyznano mu z racji wyreżyserowania filmu Drive. Duńczyk bardzo szybko zyskał sławę, a jego filmy zaczęły budzić dużo większe zainteresowanie niż dotychczas. Sam reżyser został nazwany w swojej ojczyźnie europejskim odpowiednikiem Quentina Tarantino.

W tym roku Refn jechał do Cannes jako jeden z faworytów. On i Gosling stworzyli znakomity duet przy okazji współpracy nad filmem Drive, więc nie dziwi fakt, że Only God Forgives był oczekiwany przez cały filmowy świat. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna, a Tylko Bóg wybacza wygwizdano na pierwszym pokazie. Większość krytyków nie zostawiła na filmie suchej nitki. Refn musiał więc przełknął gorzką pigułkę.

Urodzony w Kopenhadze Nicolas Winding Refn pochodzi z rodziny, dla której kino zawsze było jedną z najważniejszych rzeczy w życiu. Jego ojciec Anders Refn jest cenionym w Danii montażystą, który pracował między innymi z von Trierem przy takich filmach jak Przełamując fale czy Antychryst. Z kolei jego matka Vibeke Winding również pracuje na planie filmowym, jako operator.
Nicolas po rozwodzie rodziców wyjechał z ojczyzny Hansa Christiana Andersena wraz z matką do Nowego Jorku. Z racji możliwości zapoznania się z wieloma filmowymi produkcjami na jakie pozwalało miejsce w jakim dane mu było dorastać, Refn pochłaniał wszystkie gatunki jakie tylko mógł. Ponoć największe wrażenie zrobiła na nim Teksańska masakra piłą mechaniczną Toba Hoopera, po obejrzeniu której postanowił odłożyć swoje marzenia o byciu specem od efektów specjalnych. Zapragnął zostać aktorem, aby móc tworzyć kino i w stu procentach utożsamiać się z bohaterami. Przyszłość zweryfikowała jednak plany młodego Duńczyka, które ostatecznie nie wypaliły. Po tym jak wrócił do Kopenhagi, gdzie skończył szkołę średnią znowu musiał wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Dostał się bowiem do elitarnej nowojorskiej Akademii Sztuk Dramatycznych. Jego przygoda trwała niecały rok, po tym jak wydalono go za haniebne zachowanie na jednym z wykładów. Refnowi nie podobało się to w jaki sposób traktowani są studenci, to że narzuca się im co mają robić. Młody chłopak chciał być niezależny, dlatego też wrócił do Danii, aby podjąć naukę w Duńskiej Szkole Filmowej. Ta „szkolna przygoda” okazała się jeszcze krótsza. NWF dostał ofertę wyreżyserowania swojego autorskiego filmu. Wszystko za sprawą amatorskiej produkcji krótkometrażowej, którą sprzedał jednej z lokalnych stacji telewizyjnych. Duńczyk otrzymał na produkcję 3 miliony koron i już w wieku 26 lat stworzył film, który nie obszedł się bez echa – Pusher.

Produkcja w Polsce znana jako Dealer, opowiada o drobnym kopenhaskim dealerze o imieniu Frank. Poza handlem nielegalnym towarem jego głównym zajęciem jest picie, ćpanie i przebywanie w klubach, gdzie bawi się wraz ze swoim z lekka przygłupim kumplem Tony’m. Pewnego dnia otrzymuje od Tony’ego cynk, że czeka na niego niejaki Szwed, były kompan z więziennej celi. Mężczyzna składa spore zamówienie u Franka, który zgadza się na deal. Do transakcji ma dojść na drugi dzień, po tym jak Frank załatwi odpowiednią ilość towaru od swojego przyjaciela, bosa narkotykowego – Milo. Jak się okazuje do akcji wkracza policja. Frank traci cały towar, który podczas ucieczki wysypuje do pobliskiego stawu.
I w zasadzie od tego momentu zaczyna się cała akcja filmu. Frank, który jest winien sporą sumę Milo w desperacki sposób próbuje zdobyć pieniądze od swojej matki, przyjaciół czy też dawnych dłużników. Od tego momentu napięcie filmu rośnie. Całość filmowana przez Refna „z ręki” oddaje surowy i mroczny klimat dzielnic Kopenhagi. Barwne postacie stworzone przez reżysera towarzyszą nam od pierwszej do ostatniej sekundy. Nie ważne czy jest to bohater pierwszo- czy drugoplanowy. Wszyscy zapadają w pamięć, są niesamowicie wiarygodni i realistyczni. I to właśnie momentami wręcz brutalny realizm, który z ogromną siłą bije z ekranu jest najmocniejszym punktem produkcji. Do tego bardzo naturalne aktorstwo – w rolę Franka wcielił się Kim Bodnia. Postać bardzo dobrze odegrana, mimika twarzy dzięki której czuć niepokój, strach, w pewnym momencie zwątpienie i pogodzenie się z losem jaki czeka Franka, jeśli ten na czas nie zdobędzie pieniędzy. Bardzo mocny i głośny debiut, który jak się dzisiaj okazuje stał się drzwiami do sukcesu NWR.

Trzy lata po swoim debiucie Refn stworzył kolejny świetny film – Bleeder. To co mnie zdziwiło przy okazji oglądania tego filmu to fakt, że na wielu portalach o tematyce filmowej pojawia się stwierdzenie, że Bleeder jest drugą częścią trylogii. Jest to oczywiście błąd, ponieważ ten film poza podobną obsadą aktorską nie ma żadnych powiązań fabularnych. Jest to historia Louise i Leo, którzy są w związku. Po tym jak kobieta zachodzi w ciążę Leo całkiem się zmienia. Nie do końca potrafi poradzić sobie z faktem, że będzie ojcem. Z czasem zaczyna się wyładowywać na swojej wybrance serca co nie podoba się bratu Louis, Louiemu który postanawia się zemścić. Bleeder to także opowieść o Lennym, kinomaniaku który przez pryzmat filmów postrzega świat. Zna się tylko na filmach i tylko o nich chciałby dyskutować. Podkochuje się w kelnerce Lei, pasjonatce literatury. Lenny, który ma spore problemy z wyrażaniem swoich uczuć pewnego dnia przełamuje się i postanawia zaprosić dziewczynę do kina.
Duński reżyser w tej produkcji przedstawia widzowi tak naprawdę dwa filmowe światy. Pierwszy z nich to brutalna i pełna napięć historia związku Leo z Louis. Druga z kolei jest bardzo subtelną, niewinną, wręcz utopijną opowieścią chłopaka i dziewczyny, którzy nie do końca potrafią wyrazić to co czują. Winding Refn pomimo całkiem innej historii w porównaniu z Pusherem nie ucieka od swojego bezkompromisowego, własnego stylu który staje się jego znakiem rozpoznawczym. Bleeder to kopalnia świetnych pojedynczych sekwencji. Ja osobiście byłem zafascynowany, wręcz zaczarowany historią Lenny’ego. Nie mogę powiedzieć, że utożsamiam się z tą postacią, ponieważ jestem całkiem innym człowiekiem, aczkolwiek rozumiem jego samego i jego miłość do kina. W pewnym momencie jeden z przyjaciół Lenny’ego zadaje mu pytanie:
- Dlaczego ty zawsze chcesz rozmawiać o filmach?
- A co mam innego robić? Tylko to mnie interesuje.
Film z pewnością nie tak głośny jak debiut Refna, nie tak mocny, ale godny polecenie i poświęcenia niecałej półtorej godziny.

Na kolejny film duńskiego reżysera jego fani musieli czekać cztery lata. Wtedy to światło dzienne ujrzała produkcja Fear X, w której główną rolę zagrał znany ze współpracy z braćmi Coen, John Turturro. Aktor, który ma za sobą występy między innymi w takich produkcjach jak Barton Fink czy Transformers wciela się w postać Harry’ego, ochroniarza pracującego w jednym z pasaży handlowych. Z czasem dowiadujemy się, że mężczyzna nie może dojść do siebie po traumatycznych wydarzeniach z przeszłości, kiedy to jego żona została zamordowana na parkingu. Harry, który nie może się z tym pogodzić przegląda taśmy z kamer licząc na znalezienie jakiejś wskazówki. W pewnym momencie trafia na ślad, dzięki któremu rozpoczyna śledztwo na własną rękę.
Jest to obraz całkowicie inny od tych, które NWR zaserwował wcześniej. Po pierwsze jest to jego pierwszy anglojęzyczny obraz, po drugie posiada całkowicie inny schemat. Nie jest to już mocne, brutalne kino, które ogląda się w pełnym napięciu przez półtorej godziny. Fear X jest filmem, który wciąga, hipnotyzuje, aczkolwiek robi to w dość mozolnym tempie. Jest to niskobudżetowa perełka, bardzo spokojna, cicha i kameralna. Momentami ma się wrażenie jakbyśmy mieli kolejne stracie z lynchowską produkcją – prowadzenie kamery, klimat co niektórych scen i dość powolne tempo narracji. Wielkie brawa dla Johna Turturro, który kapitalnie odgrywa swoją postać potwierdzając tym samym swój talent i charyzmę. Jest to chyba najmniej znany film duńskiego reżysera co dla mnie jest dużym zaskoczeniem. Wystarczy spojrzeć na osoby, które pracowały wraz z Refnem przy jego produkcji – Larry „człowiek Kubricka” Smith czy Hubert Selby (scenarzysta Requiem dla snu) . Poza Turturro występują w nim między innymi James Remar (znany głównie w serialu Dexter) oraz Deborah Kara Unger (Crash: Niebezpieczne pożądanie, Huragan).

Po ośmiu latach od debiutanckiego Dealera, Winding Refn zdecydował się stworzyć jeszcze dwie części tej produkcji. Tak oto w 2004 roku powstał Pusher II – Krew na rękach, a rok później Pusher III – Jestem aniołem śmierci. Druga część skupia się tym razem na Tonny’m (prze genialny , wyśmienity e cetera, e cetera Mads Mikkelsen), który po odsiadce w więzieniu postanawia zadbać o swoje życie. Na początek chciałby polepszyć swoje kontakty z ojcem, który jest jednym z największych kopenhaskich mafiosów. Ponadto Tony zostaje ojcem. Ostatnia część trylogii to opowieść o Milo, który wcześniej występował, jako postać drugoplanowa. Milo, boss narkotykowy przygotowuje urodziny swojej córce. W tym samym czasie dowiaduje się, że jego pozycja może zostać zagrożona, po tym jak na rynek wchodzi młody gang albańskich uchodźców. Milo tak więc, musi martwić się nie tylko o święto swojego dziecka, ale także o to, żeby nie wypaść z interesu. Obie części to godna kontynuacja Dealera, która trzyma odpowiednio wysoki poziom. Z ekranu wieje chłodem i surowością, brutalny świat dość mocno kopie bohaterów historii, które opowiada Refn. Pusher II – Krew na rękach to mocny film, pokazujący zło w postaci życia zwykłej jednostki bez perspektyw. Ludzie, którzy skazani są na działanie pod wpływem emocji i impulsu dopiero po wszystkim mogą zastanowić się nad konsekwencjami swoich czynów. Jest to niezwykle realny świat, z którym spotykamy się na co dzień. Bezpośrednio nie dotyczy on każdego z nas, ale mamy świadomość tego, że takie sytuacje są wpisane w realia tego świata.
Ostatnia odsłona znakomitej trylogii NWR jest z kolei ukazaniem tego, jak działa i funkcjonuje narkotykowy półświatek. Nie ma tutaj mowy o honorze, przebaczeniu i dojściu do konsensusu. Ważne są tylko pieniądze, władza i narkotyki. Początek filmu to bardzo mozolne i delikatne wprowadzenie do finału. Podążamy za Milo, z racji wieku wypalonym, aczkolwiek czynnie działającym w gangsterce mafioso, który nie potrafi oderwać się od przestępczego życia. Pomimo swojej bezwzględności potrafi jednak niekiedy pokazać się z ludzkiej strony. Do tego dochodzi potężna finałowa scena, której nie powstydziliby się twórcy gore. Dodam jeszcze, że w trzeciej części mamy także polski akcent. Podsumowując napiszę tylko, że Refn stworzył świetną, mocną, jedyną w swoim rodzaju trylogię, która na długo zapada w pamięć.

Kolejną robotą jaką zajął się duński reżyser było stworzenie dla jednej ze stacji telewizyjnych ekranizacji Panny Marple. Na szczęście była to jednorazowa zachcianka Refna. W 2008 roku powrócił do kręcenia na poważnie i tak o to powstała biograficzna opowieść Bronson, w której główną rolę zagrał Tom Hardy. Jest to historia Michaela Petersona, który pewnego dnia napadł na urząd pocztowy. Został za ten wyczyn skazany na 7 lat. Łącznie spędził jednak w zakładach karnych 37 lat z czego 30 w samej izolatce. W dużej mierze z tego powodu zaczął rozmawiać ze swoim alter ego – Bronsonem. Jest to film, który z jednej strony przyciąga, a z drugiej odpycha. Refn zastosował bardzo interesujący sposób narracji w filmie. Narratorem jest sam Bronson, który o swoim życiu opowiada na deskach teatru. Wystrojony w czarny smoking i wymalowany niczym cyrkowiec opowiada historię swojego życia widzom, którzy licznie zebrali się na przedstawieniu. Z każdą kolejną sekundą Michael Peterson przemienia się w bezwzględnego, obdarzonego niezwykłą siłą i odwagą potwora, dla którego życie wydawać by się mogło nie ma najmniejszej wartości. Charlie opowiada o swoich „sukcesach”, które pomogły mu w staniu się najsłynniejszym więźniem w historii Wielkiej Brytanii. Winding Refn po raz kolejny serwuje nam realizm na ekranie, okraszony elementami… surrealistycznymi. Kontrowersyjny, zaryzykuję i napiszę okrutny w swoim przekazie film Refna, który paradoksalnie przyciąga tym co powinno odpychać. Nie sposób nie wspomnieć o aktorze, który wciela się w tytułowego bohatera. Znany z Incepcji Tom Hardy tworzy genialną kreację, prawdopodobnie najlepszą w swoim dorobku. Charles w jego wykonaniu to postać charyzmatyczna, ale także szalona. Szaleństwo wypływa z jego oczów i tak naprawdę do końca nie możemy być pewni co za chwilę uczyni Bronson.

Tak jak wspomniałem na wstępie, w 2011 roku NWR uraczył widzów, a w zasadzie zaczarował (przynajmniej mnie) swoim najlepszym jak do tej pory tworem – Drive. Film opowiada historię bezimiennego na co dzień mechanika, który czasami dorabia sobie jako kaskader filmowy. Niekiedy pracuje także jako kierowca, który pomaga przestępcom przy różnego rodzaju napadach. Jak każdy profesjonalista ma pewną zasadę, swoim klientom daje 5 minut od swojego przyjazdu. Od tego momentu jest do ich usług choćby się waliło i paliło. Chwilę przed czy po czasie, są już jednak zdani na siebie. Wszystko jednak zmienia się kiedy poznaje Irene, której mąż siedzi w więzieniu. Po jego wyjściu postanawia pomóc mu w uregulowaniu długu poprzez napad na jeden z lombardów. Nie wszystko jednak idzie zgodnie z planem i cała rozgrywka dopiero nabiera tempa. Dzieło Refna to teatr jednego aktora. Aktora, który w tym przypadku jest Ryan Gosling. Podobnie jak bohater, którego gra swoją robotę wykonuje perfekcyjnie. Tworzy on postać, która przez większość seansu nie wyraża jakichkolwiek emocji. W nagłych wypadkach potrafi pokazać jednak swoją odwagę i zamiłowanie do przemocy. Każda scena wydaje się być tutaj potrzebna i dopracowana w każdym najmniejszym szczególe. Niesamowity klimat stworzony przez Refna towarzyszy nam od samego początku seansu, mamy szybkie samochody, szemrane interesy, gangsterów i mordobicie. Pomimo, że te sceny są brutalne to na swój sposób pokazują piękno jakim raczy nas reżyser, są one subtelne nawet wtedy, kiedy Gosling kopie po głowie jednego z bandziorów, miażdżąc mu przy tym czaszkę. Pomimo tego, że film jest oszczędny w dialogi, potrafi przekazać wiele emocji przez niektóre sceny, spojrzenia bohaterów.

Nicolas Winding Refn jest reżyserem młodym, niezwykle utalentowanym. Uświadomicie to sobie dopiero wtedy kiedy obejrzycie jego filmy, jego styl jedyny w swoim rodzaju. Potrafi tworzyć kino różno-gatunkowe. Potrafi zrobić kino surowe, do szpiku przesiąknięte brudem, ale potrafi także stworzyć olśniewający wizualnie obraz. Taki właśnie jest Refn. Bezkompromisowy, czasami enigmatyczny, nigdy obojętny.

I na koniec genialna muzyka z filmu Drive:

Źrodło: Własne, wikipedia


Gracjan Mikitin
Redaktor Naczelny FDB. Od czasu do czasu, lubię obejrzeć sobie jakiś film :)