Black Bear Filmfest: Dzień 6

W środę na Black Bear Filmfest poznaliśmy zwycięzcę konkursu FRESH BLOOD. Widzowie za najlepszy film uznali Miłość na wieczność, która nieznacznie wyprzedziła Tanie podniety. Pozostałe filmy biorące udział w konkursie to: Robin Hood, Trup oraz Gra o wszystko. Zwycięski obraz, Miłość na wieczność, zostanie pokazany raz jeszcze, dzisiaj o 21:30.

W przedostatni dzień festiwalu można było obejrzeć kolejny zestaw zagranicznych krótkometrażówek. Najlepiej wypadły historie ukazujące, że nieposiadanie pełnego obrazu danej sytuacji powoduje jej złe odczytanie. W filmie Cukier w wyniku nieszczęśliwego wypadku współlokatorka pewnego niezdarnego mężczyzny spada ze schodów. Wykonując polecenie dyspozytorki, chłopak chce sprawdzić stan dziewczyny. Sprawy jednak komplikują się tak bardzo, że młody mężczyzna zupełnie przypadkowo kreuje miejsce zbrodni. Natomiast w Owłosionym facecie zarządca parku zostaje przesłuchiwany jako podejrzany w sprawie morderstwa. Mężczyzna przebrany w kostium wilkołaka straszył turystów, aby zwiększyć atrakcyjność swojego biznesu, czym rozsierdził prawdziwego potwora. Zaś w Niedźwiedziu próba zrobienia urodzinowej niespodzianki kończy się nieszczęśliwym wypadkiem oraz śmiercią (tutaj można obejrzeć ją w całości).

"Melodia dla dwójki" to zabawny viralowy filmik, gdzie kat i ofiara zaczynają sobie wspólnie nucić piosenkę. Interesująca w swojej formie jest krótkometrażówka Oświecenie, w której pracownik firmy produkującej żarówki skrycie tworzy własny projekt. W baśniowy klimat przenosi nas Czarne jezioro. Niestety, jest to niezbyt twórcza fabuła. Irytujący okazał się natomiast Uwierz w taniec. Wygląda on w swoim zamyśle na długą, głupią reklamę. Jedną z najlepszych krótkometrażówek w zestawie okazał się Tumult, gdzie trzech prawdziwych wikingów napotyka autobus pełen brytyjskich turystów. Brak wspólnego języka i zrozumienia zakończy się krwawo, a zarazem zabawnie.

Jeśli chodzi o filmy pełnometrażowe był to słaby dzień na festiwalu, choć rozpoczął się od zaskakująco dobrej sensacji pt. Robin Hood. Jest to uwspółcześniona wersja znanego bohatera, który okradał bogatych, żeby rozdawać biednym. Akcja rozgrywa się w Niemczech, a tło historii stanowią protesty przeciwko chciwym bankom i politykom. Główny bohater w wyniku kilku niesprzyjających okoliczności kończy z byciem praworządnym stróżem prawa i przyłącza się do gangu rabującego banki. Wkrótce grupa przestępców zostaje okrzyknięta przez Niemców Robin Hoodem, a u dotychczasowych rabusiów zapala się lampka bycia bohaterem ludu oraz drużyną, która faktycznie może zaprowadzić nowy porządek. Jakby naiwnie to nie brzmiało, film się broni fabularnie. Motywy działań postaci są zrozumiałe i w pełni uzasadnione. Thriller ten trzyma w napięciu i ma, co najważniejsze, silnego, trapionego wątpliwościami protagonistę. Robin Hood to praca dyplomowa absolwenta niemieckiej szkoły filmowej. Nie zdziwiłbym się, jeśli za kilka lat nazwisko Martina Schreiera będzie reklamować największe produkcje w Hollywood. Jest młody, ma talent, rozumie prawidła rządzące gatunkiem. Jedno z największych odkryć na Black Bear Filmfest.

Natomiast na kompletnie przeciwnym biegunie stoi hiszpański Koniec. Ten film powinien się skończyć wraz z pojawieniem tytułu na samym początku. W tej historii kompletnie nic się nie dzieje. Grupka dawnych przyjaciół znajduje się w środku apokalipsy, gdzie ludzie zaczynają dosłownie znikać z planety. No i tak znikają kolejne osoby co jakiś czas. Poza znikaniem nic się tutaj nie dzieje. Wrzucono lekkie wątki melodramatyczne jako próbę zakamuflowania braku pomysłu na opowiedzenie historii. Pomijając nudę, jaka towarzyszyła przez cały seans, osobną kategorię stanowi zakończenie filmu, a w zasadzie jego brak. Ta produkcja na lata powinna służyć za przykład nieumiejętnego zamknięcia filmu. Scenarzyści Końca chyba nie odróżniają pojęć otwartego zakończenia od braku zakończenia. Dawno nie widziałem tak jałowego filmu rozgrywającego się w postapokaliptycznej scenerii.

O miano najgorszego filmu festiwalu mógłby też powalczyć Wędrowiec. Uwielbiam surrealistyczne opowieści, zwłaszcza gdy rozgrywają się na amerykańskiej prowincji. Ale nadużywanie mistyki przez twórcę tego filmu jest karygodne. Historia mężczyzny, który po 4 latach wychodzi z więzienia i udaje się w podróż do swojego brata, zaczyna się całkiem dobrze jako kino drogi. Ale gdzieś w połowie reżyser przestaje opowiadać jakąkolwiek fabułę, tylko karmi widza kolejnymi sztuczkami, aby uzmysłowić, że ma się do czynienia z czymś nadnaturalnym. Faktycznie, to było niecodziennie denerwujące zjawisko.

W czwartek (12 grudnia) zapraszamy do warszawskiej Kinoteki na ostatnie pokazy:
15:30 Dziecięce igraszki
17:30 Zmartwychwstanie drania
19:30 Zamknięcie festiwalu: Jesteśmy czym jesteśmy
21:30 Zwycięzca FRESH BLOOD: Miłość na wieczność

Zwiastun zwycięskiej Miłości na wieczność


Piotr Biernacki
Fan amerykańskiego kina niezależnego.