RECENZJA: Rozkosz bólu i zniszczenia [+18]

Druga odsłona Nimfomanki to istna emocjonalna zabawa w kotka i myszkę. Lars von Trier zabiera widzów w podróż, gwarantując huśtawkę nastrojów. W charakterystyczny dla siebie sposób snuje powoli opowieść, aby przerwać w najważniejszym momencie. Zostawia rozedrganych odbiorców, stawiając wielki znak zapytania odnośnie moralności, przyjaźni, wolności, społecznych konwenansów i nadziei.

Joe (Charlotte Gainsbourg) kontynuuje swoją opowieść, przy czym nabiera ona mrocznego wymiaru. Seks nie jest już niewinną zabawą, ale sensem życia. Seksualność człowieka staje się najpotężniejszą siłą, której Joe nie potrafi kontrolować. W drodze do spełnienia i rozkoszy towarzyszą jej pejcze, ból i ryzyko. Poprzez radykalne decyzje, upodlenie i poniżenie dochodzi do paradoksalnego odwrócenia się od mężczyzn. W grę wchodzi zemsta, prawo do dominacji i władza. Von Trier pokazuje obrazy skrajne, które wzbudzają oburzenie i obrzydzenie. Poczynania Joe nie budzą litości. Bohaterka staje się emocjonalnie wybrakowana, zostawiając za sobą wszystkich, którzy byli dla niej ważni. Niezdolna do miłości, traci stabilizację i oparcie.

Z drugiej strony Nimfomanka przepełniona jest smutkiem i goryczą. Uderza w nuty sentymentalne, przywołując pamięć ojca. Kobieta pamięta z jego opowieści, że każdy człowiek posiada swoje drzewo, które odzwierciedla jego duszę. Ujmująca jest scena, kiedy Joe odnajduje swoje: samotne, wykrzywione, pochylone przez wiatr rosnące na nagich skałach. Roślina zmaga się z przeciwnościami, aby przetrwać i żyć dalej.

W całej tej opowieść Seligman (Stellan Skarsgard) pełni rolę drugorzędną. Stosuje swoje mniej lub bardziej trafne dygresji, chłodnym umysłem analizując sytuację. Zdaje się być zupełnie zdystansowany, a von Trier dawkuje nam informacje na jego temat. Wykształcony, obyty mężczyzna również nosi w sobie tajemnicę, która pozwoliła im zbudować głęboką relację. Seligman daje Joe nadzieję na przyjaźń i zrozumienie. Staje się podstawą do wybaczenia i moralnym wybawieniem. Pomaga jej zacząć budować nowy świat i jednocześnie brutalnie to wszystko zabiera.

Duński reżyser portretuje swoich bohaterów w zbliżeniach. Pokazuje opuchniętą twarz Joe i pustkę w jej oczach. Wydaje się wyczerpana walką ze sobą i ze społeczeństwem. Reżyser rzuca tropy i wskazów, odwołując się do patriarchalnej wizji świata. Podkreśla fakt, że gdyby mężczyzna zachowywał się, jak tytułowa nimfomanka, nie byłby tak surowo oceniany przez społeczeństwo. Prowadzi bohaterkę do klaustrofobicznej przestrzeni labiryntu, gdzie ostatecznie dostaje nauczkę.

Joe jest poraniona psychicznie i fizycznie, a von Trier nie zostawia dla niej żadnej nadziei na normalne życie. Przy lekkości pierwszej części, ta druga jest ciężka z mniejszą ilością dygresji. Nie rozładowuje się już napięcia humorem, bo i powodów do śmiechu coraz mniej. Autor Antychrysta wodzi nas za nos, sprytnie manipulując wizerunkiem bohaterów. Poprzez czarny ekran opuszcza świat nimfomanki, w którym nic już nie będzie takie samo.