Recenzja Black Sails

Serial wyprodukowany przez Michaela Baya wreszcie tchnął życie w pirackie szczątki. A przynajmniej zrobił to dobrze.

Po "Piratach z Karaibów" oczekiwałem kolejnych produkcji w pirackim klimacie. Chciałem zagłębić się w ten świat. Chciałem móc towarzyszyć tym brudnym, plugawym demonom w ich podróżach, uczestniczyć w bitwach morskich czy krwawych abordażach. Dostawałem jednak same Disneyowskie sequele ciągnięte przez Deppa okraszone bajeczną aurą stworów morskich, duchów i drugich światów (co nie powstrzymało mnie przed zapałaniem miłością do serii). Już załamywałem ręce aż na powierzchnię wypłynęła informacja o szykowanym serialu pt. Black Sails. Yarr!

Fabuła zawiązuje się wokół kapitana Flinta i jego obsesyjnego polowania na skarb znajdujący się na pokładzie hiszpańskiego galeonu Urca de Lima.

Jedną z najważniejszych cech produkcji jest klimat. New Providence, czyli miasteczko, w którym korsarze mogą sprzedać swoje łupy, jest rewelacyjnie zbudowanym, tętniącym życiem miejscem. Do tego dochodzą piękne krajobrazy i świetne lokacje. Scenografia została dopracowana w najmniejszych szczegółach, a na jej tle postawiono równie dobrych aktorów.

Kapitan Flint tylko z pozoru uchodzi za dobrą postać. Pf, przecież jest piratem!Kapitan Flint tylko z pozoru uchodzi za dobrą postać. Pf, przecież jest piratem!

Toby Stephens pasuje do swojej roli kapitana Flinta wręcz idealnie. To samo mogę powiedzieć o Zachu McGowanie wcielającym się w Charlesa Vane’a. Również załogi obu panów prezentują się wyśmienicie. Na pierwszy plan wysuwają się jednostki bezwzględne, tajemnicze, zabawne czy zwyczajnie dające się polubić lub znienawidzić. Nieco gorzej na tym tle wypada jedynie postać pięknej Eleanor Guthrie, kierowniczki czarnego rynku na wyspie, która popada ze skrajności w skrajność co poniektórych widzów może zmęczyć.

Przy męczących rzeczach pozostając nie sposób nie wspomnieć o największej skazie serialu. Miłośnicy oglądania długich i niebezpiecznych podróży będą zawiedzeni. Naturalnie nie brak tu krwawych walk na kordelasy czy bitw morskich, ale duża część "Black Sails" rozgrywa się na lądzie, a jeśli już korsarze wyruszają w podróż, jest ona skrócona do granic. Tak więc akcja skacze trochę jakby pomiędzy żeglowaniem z punktu A do punktu B nic ciekawego się nie działo.

Mimo wszystko całość prezentuje się bardzo dobrze. Wszystko tutaj ze sobą współgra, łącznie z perfekcyjnie dobraną muzyką (piosenka otwierająca już znalazła się w moim TOP). Warto także dodać, że role niektórych postaci jakie odgrywają w całej historii cały czas się zmieniają. Jedni bohaterowie, więc zginą krztusząc się krwią, inni zwyczajnie znikną z pola widzenia, a inny wyjdą przed szereg, by poprowadzić akcję w innym kierunku. Kolejne odcinki dopiero za rok, ale już teraz zapewniam, że warto będzie czekać.


Marcin Darski
Nonkonformista. Samozwańczy krytyk i przyszły autor bestsellerów. Prowadzący bloga Jay's World.