RECENZJA: Grand Budapest Hotel

Wes Anderson po raz kolejny zabiera nas w podróż do świata, którego już nie ma i z nostalgią kreśli przejmującą opowieść pełną wątków kryminalnych, jak i humorystycznych.

Na bohatera opowieści obiera sobie uroczego bawidamka pana Gustava H. (Ralph Fiennes), który wyznacza klasę i ład panujący w hotelu. Jako konsjerż załatwia rzeczy zgoła niemożliwe, wabi uśmiechem, roztacza niesamowity zapach i z przyjemnością dogadza starszym gościom hotelu Grand Budapest (szczególnie kobietom). Cały porządek ulega zmianie, kiedy jedna z jego kochanek, Madame D. (ucharakteryzowana nie do poznania Tilda Swinton) zostaje zamordowana. Gustav otrzymuje w spadku drogocenny obraz, co nie podoba się synowi hrabiny (Adrien Brody). Postanawia on samodzielnie rozstrzygnąć sprawę rozdysponowania majątku matki.

Pościgi, tajemnicze zaginięcia, ironiczne komentarze i sytuacje kreślone grubą kreską towarzyszą bohaterowi i jego wiernemu pomocnikowi, boyowi hotelowemu (Tony Revolori), przez cały film. Trudno oderwać wzrok od wyrazistych bohaterów z przerysowaną charakteryzacją i zgrabnie dopasowanymi kostiumami. Lobby boy, Zero, wywołuje uśmiech swym dorysowanym wąsikiem i przeogromnymi oczami. Widzimy, jak z biegiem czasu z młodego podlotka staje się mężczyzną zastępując nieudolną kreskę nad wargą prawdziwym wąsem.

Anderson niczym magicznym pędzlem maluje na ekranie kolorowy świat. Z pastelowymi barwami i intrygującą muzyką Alexandra Desplat, która nadaje rytm opowieści. Przyspiesza tempo albo delikatnie otula spokojnymi dźwiękami, budując charakterystyczny dla Andersona nastrój. Reżyser odchodzi od obrazu panoramicznego na rzecz starodawnego 4:3, co już stawia go w opozycji od komercyjnych propozycji Hollywood.

Grand Budapest Hotel opiera się na kliszach i stereotypach, ale zostają one doprawione szczyptą ironicznego poczucia humoru, które obnaża słabości ludzkiego postrzegania i wpadania w schematy. Wes Anderson zaserwował ucztę dla zmysłów, pozostawiając niemal w każdej scenie swój wyraźny odcisk.