RECENZJA: Noe: Wybrany przez Boga

Darren Aronofsky zapragnął przedstawić biblijną wizję potopu, a znając wcześniejsze filmy tego reżysera (Requiem dla snu, Czarny łabędź), można było oczekiwać analizy ludzkich zachowań, wątpliwości czy niejasnych granic między dobrem a złem. Tymczasem Noe: Wybrany przez Boga to przydługawa opowieść, fantasy o rodzinnym budowaniu arki, w której zabrakło psychologicznej wiarygodności.

Film rozpoczyna się krótkim przypomnieniem biblijnej historii dla tych wszystkich, którzy nie uważali na religii. Aronofsky zgrabnie buduje tło dla właściwej opowieści, starając się zreinterpretować mit o potopie. Mimo wszystko tworzy film zachowawczy i politycznie poprawny. Nie kwestionuje zachowań Noego, nie wprowadza wątpliwości oraz omija kwestie fanatycznego oddania się woli boskiej. W Noe pytań o moralność i sprawiedliwość jest jak na lekarstwo, a dramat człowieka został sprawnie przykryty przez nieudolne efekty specjalne. Po ekranie przemykają kamienni Strażnicy (uwięzione Światło, które miało strzec ludzkości), lasy wyrastają w kilka sekund, a do tego pojawiają się przerysowane animowane zwierzęta . Nienaturalność fauny razi w oczy, prowokując do pytań, na co zostały wydane miliony z budżetu filmu.

Odchodząc od wizualnej strony filmu, oczekiwałam popisu aktorskiego i wykreowania złożonych, wiarygodnych postaci. Noe (Russell Crowe) stworzony przez Aronofsky'ego to heros na miarę naszych czasów. Z powodzeniem mógłby wystąpić obok Supermana czy Kapitana Ameryki i stać się wybawcą ludzkości przed złem. Umięśniony, postawny i nieprzejednany dąży do celu, pokonując piętrzące się przeszkody. Zwycięża z niewiernymi i konsekwentnie wykonuje wolę Boga. Jego zachowania zakrawają o fanatyzm. Brakuje wątpliwości, a Noe zdaje się nieustannie poszukiwać uzasadnienia decyzji podjętej przez Stwórcę. Najważniejszą refleksję stanowi fakt, że człowiek posiada dwie antagonistyczne strony: dobrą i złą, a Noe wraz z rodziną nie jest wyjątkiem. Na mnie największe wrażenie zrobiła scena, w której Noe z kamienną twarzą siedzi w arce, a dookoła słychać przeraźliwe krzyki umierających ludzi.

Reżyser pobieżnie potraktował członków rodziny Noego. Naameh (Jennifer Connelly), żona, jest wycofaną histeryczką, która wiernie towarzyszy mężowi. Przygląda się z boku jego poczynaniom, a buntuje się tylko raz. Nie zachwycają również młodzi aktorzy: Emma Watson (Ila), Logan Lerman (Cham) i Douglas Booth (Sem). Ila recytuje zapisane w scenariuszu kwestie, a Cham jest naburmuszonym nastolatkiem.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Noe: Wybrany przez Boga został stworzony na zamówienie religijnej części Hollywood i zabrakło odwagi do kwestionowania słuszności zabicia setek ludzi. Tylko w kilku scenach można odnaleźć charakterystyczny styl reżysera. Piękna jest sekwencja, w której zostaje opowiedziana historia stworzenia świata. Zostajemy przeprowadzeni krok po kroku przez 7-dniowe działania Boga. Niestety w całym filmie za mało jest takich perełek wizualnych i montażowych. Nawet muzyka Clinta Mansella jest jednostajna, przewidywalna i nudna.

Noe miał zachwycać monumentalnym przedstawieniem wielkiej katastrofy i pełnego nadziei odrodzenia ludzkości, a stał się reżyserską porażką Aronofsky'ego. Zabrakło mocnego psychologicznego spojrzenia na bohaterów, z którego znany jest autor Czarnego łabędzia.