Snowpiercer: Arka przyszłości

Rok 2030. Na Ziemi panuje epoka lodowcowa, a ostatni ludzie zmuszeni są do życia w pociągu nieprzerwanie mknącym przez śnieżną zamieć. W podzielonym na klasy społeczne mieście na szynach dochodzi do buntu, który może zaważyć o losach ludzkości.

Dla pochodzącego z Korei Południowej Joon-ho Bonga, Snowpiercer: Arka przyszłości to hollywoodzki debiut. Nie oznacza to jednak wcale, że azjatycki reżyser pozbył się filmowego sznytu rodem z Dalekiego Wschodu. Gdzieś pod kołderką hollywoodzkiego rozmachu, efektów specjalnych, znanych nazwisk w obsadzie i dawki patosu, można w tym wszystkim odnaleźć artyzm. Szczególnie w scenach akcji, gdzie trup ściele się gęsto, a krew leje litrami. I podobnie jak w przypadku innych filmów z tamtych rejonów (chociażby produkcje od Chan-wook Parka), emanowana z ekranu przemoc jest na swój sposób piękna, urzekająca i jak najbardziej uzasadniona.

W pociągu będącym miastem na szynach, kontrasty społecznie rzucają się w oczy od pierwszych scen. Margines społeczny żyjący w ostatnich wagonach musi egzystować w brudzie i ścisku, a za pożywienie robią im batoniki proteinowe. Napięcie w ostatnich wagonach pociągu rośnie z każdym kolejnym z dniem, z każdą kolejną wizytą oficjeli i funkcjonariuszy. Rządy totalitarnej władzy, nad którą pieczę sprawuje architekt i właściciel pociągu – Wilford, są niczym zapałka, która w każdej chwili może odpalić krótki lont. Kiedy dochodzi wreszcie do jego podpalenia, a następnie wybuchu, główni bohaterowie pod dowództwem Curtisa (Chris Evans) są zdesperowani do obalenia rządów osoby, która za to wszystko odpowiada.

Razem z rebeliantami ruszamy w podróż po wagonach pociągu. I to własnie w odkrywaniu różnorodności tych mikroświatów tkwi siła filmu Joon-ho Bonga. Odkrywanie tajemnic kolejnych przedziałów to prawdziwa gratka. Każdy z nich jest inny, ma swój niepowtarzalny klimat, barwy czy mieszkańców. Od mini fabryki batoników proteinowych, aż po wielkie akwarium. Od maszynowni, po miejsce gdzie tamtejsze elity mogą wyskoczyć na herbatkę i do fryzjera. Tytułowy Snowpiercer to prawdziwe, samowystarczalne miasto na szynach, które gwarantuje przetrwanie w zabójczych warunkach panujących na zewnątrz.

Dzięki nieśpiesznemu tempu, jakie serwuje reżyser, na spokojnie można podziwiać oprawę wizualną filmu. Nawet w wydawać by się mogło scenach walki, gdzie dynamizm jest jak najbardziej mile widziany, użyte przez Joon-ho Bonga slow motion dodaje mu uroku i artyzmu, przez co nie sprowadza to filmu do tylko i wyłącznie głupawej nawalanki. I chociaż najsłabszą częścią oprawy wizualnej wydają się być efekty specjalne, które niestety są tylko efektami specjalnymi i widać w nich spory udział komputera, to elementy takie jak kostiumy, charakteryzacja czy scenografia są dopieszczone w najmniejszym szczególe i w jakimś stopniu to rekompensują.

Snowpiercer: Arka przyszłości budżetowe niedostatki nadrabia na szczęście znakomitym, klaustrofobicznym klimatem zamkniętego pociągu, który mknie przez białe pustynie planety niegdyś nazywanej zieloną. Można się oczywiście przyczepić do samego scenariusza, który nawet bez większego wysilania szarych komórek wydaje się być z lekka głupawy, ale ja nie zamierzam tego robić. Film będący ekranizacją francuskiego komiksu "Le Transperceneige", może okazać się jedną z ciekawszych tegorocznych propozycji kina rozrywkowego jakie na świat wydali (i wydadzą) hollywoodzcy producenci..


Gracjan Mikitin
Redaktor Naczelny FDB. Od czasu do czasu, lubię obejrzeć sobie jakiś film :)