RECENZJA: Medicus

Medicus to wizualna podróż ze średniowiecznej Anglii do arabskiego świata Isfahanu, pełna poszukiwań odpowiedzi na pytania dotyczące tajemnic ludzkiego ciała. Rob Cole (Tom Payne) jest obdarzony intuicją oraz ciekawością, która pozwala mu stawiać trafne diagnozy i szybko przyswajać nową wiedzę. Posiada wszystkie cechy charakteru, które mogą z niego uczynić bohatera godnego uwagi. Mimo wszystko staje się niewyraźny, ginie w nadmiarze wydarzeń oraz przepychu wschodniej krainy. Płascy i jednowymiarowi bohaterowie to jedna z bolączek obrazu niemieckiego reżysera.

Philipp Stölzl dobrze odrobił lekcję z tego, jak przekonać do oglądania widzów. Medicus w niczym nie ustępuje wysokobudżetowym hollywoodzkim produkcjom. W tej długiej opowieści znalazło się miejsce na kino drogi, romans, dramat i thriller. Mamy pozytywnych bohaterów, którym nieustannie kibicujemy oraz kilka czarnych charakterów. Komercyjna produkcja przygotowana dla masowego widza, gdzie wszystko jest oczywiste, przez co razi brakiem odcieni szarości.

Roba poznajemy jako małego chłopca, kiedy umiera jego matka, zostaje rozdzielony z rodzeństwem i pozostawiony sam sobie. Jest upartym dzieckiem i zafascynowany poczynaniami cyrulika (Stellan Skarsgård) zaczyna podążać jego tropem. Chce nauczyć się pomagać ludziom, leczyć ich dolegliwości. Takie podejście jest niekonwencjonalne w chrześcijańskiej Anglii, gdzie cyrulicy są uznawani za heretyków działających w imieniu szatana. Rob wchodzi do świat rodzącej się medycyny i wiedziony ciekawością wyrusza do Isfahanu, aby kształcić się u sławnego Ibn Sina (Ben Kingsley).

Podróż do dalekiego kraju mogłaby być doskonałą pretekstem do przemian i dojrzewania bohatera, ale Rob jest już ukształtowanym i zdecydowanym człowiekiem. Choć wyrusza w nieznane nie wydaje się zdenerwowany. Wyrzeka się swojej wiary i przystępuje do grupy Żydów, którzy mają gwarantowane bezpieczeństwo w arabskim świecie. Mimo wszystko nie odrabia lekcji z religii i porusza się po omacku, grając z góry obraną rolę. Gdzieś tam po drodze pojawia się śliczna i mądra kobieta, Rebecca (Emma Rigby), której rola ogranicza się do uśmiechów i westchnień oraz przyjaciele z różnych kultur – nieco wycofany Żyd oraz pewny siebie i bezczelny Pers.

Medicus został opatrzony zapierającymi dech w piersiach obrazami. Przeraża brud i ogrom Londynu, pochłania potęga pustyni (nieco wspomagana komputerową grafiką) oraz przepych i wielobarwność arabskiego świata. Intensywne kolory i współgrające dźwięki budują spójny wizualnie obraz rzeczywistości, który niestety głównie opiera się na stereotypach. Reżyser wykonuje swoją pracę poprawnie, rozsiewając kilka różnych wątków, a Rob stanowi ich łącznik i trzon.

Rozczarowuje oczywistość i przewidywalność fabuły oraz nie do końca przekonujące portrety psychologiczne. Rob Cole jawi się jako średniowieczny superbohater, który przetrwa każdą burzę. To nieustraszony uzdrowiciel oraz kochanek. Jego mistrz, Ibn Sina, staje się chodzącą mądrością i oazą spokoju. Duży potencjał tkwił w postaci szacha (Olivier Martinez), jednak wielki władca dość szybko zostaje wepchnięty w ramy „tyrana” i nie może się z nich uwolnić.

Medicus jest filmem w pełni komercyjnym, który przyciąga przepychem i prostotą języka. Reżyser buduje napięcie i dostarcza pełnego wachlarza emocji: śmiejemy się i płaczemy, wzruszamy i cierpimy z Robem oraz Rebeccą. Niemcy oferują wszystko to, czego widz oczekuje od porywającego kina, lecz nie zostawiają żadnego pola do intelektualnej eksploracji.