RECENZJA: Grace of Monaco

Urocze małej księstwo, piękny pałac, dystyngowane panie i panowie, a do tego urocza hollywoodzka aktorka, która nagle staje się księżną. W obrazie Oliviera Dahan pozornie wszystko się zgadza. Tylko księżna już nie taka młoda, twarz nieco woskowa , a muzyka sztampowa, która nie wzrusza, lecz bawi swą przewidywalnością. Grace Księżna Monako miał być szansą na Oscara dla Nicole Kidman, długo oczekiwanym filmem o małżeństwie, które do dziś budzi wiele emocji, lecz niestety pomysł rozmył się w banalności dialogów i schematyczności kadrów.

Grace Kelly poznajemy w momencie, kiedy opuszcza Amerykę i przenosi się do Monako. Rezygnuje z aktorstwa, aby stanąć przy boku mężczyzny, którego pokochała i z pełną odpowiedzialnością musi stać się księżną. Reżyser starał się nakreślić wątpliwości i zmagania, jakie towarzyszyły kobiecie, kiedy znalazła się w obcym dla siebie środowisku, w kulturze, której nie znała. Grace próbuje odnaleźć się na dworze, ale nawet po kilku latach nie czuje się komfortowo i pewnie. Tęskni za domem i aktorskimi wyzwaniami, a przede wszystkim za czasami, kiedy mogła być prawdziwie sobą – mówić to, co myśli i robić to, co chce.

Wyzbycie się swojej tożsamości i poszukiwanie nowej mogłoby stanowić doskonały temat do kameralnego dramatu, jednak Dahan zaprzepaścił szansy, skupiając się na pałacowym przepychu i dokładności formy, która niestety wciągnęła opowieść w błahe schematy. Życie Grace Kelly zostaje przyrównane do planu filmowego, gdzie tylko odgrywa z góry narzucone role. Swój pobyt w Monako zaczyna traktować jako kolejne zadanie aktorskie, do którego wystarczy solidnie się przygotować (uczy się historii kraju, języka, postawy ciała). Mimo tak pięknej alegorii, trudno jest nam śledzić przygotowania Grace bez smutnego uśmiechu, kiedy z ekranu spogląda na nas martwa twarz Nicole Kidman.

Trudno uwierzyć w historię 32-letniej kobiety, kiedy zostaje ona odtwarzana przez dużo starszą aktorkę. O ile istnieje fizyczne podobieństwo do Grace, to cały potencjał zostaje zaprzepaszczony przez sparaliżowaną twarzą Australijki. Nie pomaga również stosowanie zbliżeń przez operatora Erica Gautiera, które zostały oddarte z emocjonalnej intymności przez natrętne dialogi i banalne tezy wygłaszane przez bohaterów.

Aktorzy drugiego planu stanowią najjaśniejszy punkt Grace Księżna Monako, szczególnie Tim Roth grający księcia Rainera III. Powściągliwy w swej grze, opowiada o zmaganiach człowieka posiadający władzę decydowania o losach całego narodu. Choć zostaje przytłoczony przez strojne kostiumy, jego skupiona twarz zostaje w pamięci.

Z filmu twórcy Niczego nie żałuję dowiadujemy się, że rodzina jest dobrem nadrzędnym, dla którego warto wyrzec się swoich marzeń i ambicji, a miłość to obowiązek wart wszelkich poświęceń. Grace Księżna Monako nie wykorzystuje swojego potencjału, a długie oczekiwanie i podsycanie ciekawości widzów, nie przysłużyło się obrazowi.