Chodź, zaczaruj mój świat

Za każdym razem gdy Allen cofa się w swoich filmach do lat, które przeminęły uwalnia, czy chce czy nie, silną, niemal namacalną, a na pewno prawdziwą, magiczną aurę.

Podczas seansu miałem ochotę wstać z siedzenia i wejść w ekran. "Zabierz mnie, Woody, na drugą stronę, chcę żyć w twojej magii!" krzyczałem w duchu. Woody niestety nie odpowiedział, ale za to półtorej godziny minęło mi niczym pstryknięcie palcami. I był to wyjątkowo przyjemne spędzony czas.

Akcja ma miejsce w latach dwudziestych, we Francji. Główny bohater, niesamowity mistrz magii, Stanley aka Wei Ling Soo (Colin Firth) zostaje poproszony o zdemaskowanie młodej, uroczej spirytualistki Sophie Baker (Emma Stone), która zdaje się żerować na łatwowierności milionerów u których się zatrzymała.

Intryga zazębia się już od samego początku. Reżyser szybko przedstawia ekscentrycznego, zimnego inteligenta Stanleya Crawforda, który swoją, tak charakterystyczną dla Allena, neurotyczność stara się blokować logicznym myśleniem. Dla mistrza magii, który paradoksalnie żyje z wprowadzania ludzi w błąd, każdy przejaw nadziei na istnienie innych światów, Boga czy magii samej w sobie oznacza brak inteligencji i słabość. W tej roli Colin Firth sprawdził się idealnie. Jego brytyjski, z miejsca stawiający go nad wszystkimi, akcent i dystyngowana postawa w połączeniu z kąśliwymi uwagami na temat życia i ludzkiej beznadziejności dodaje jego postaci głębi i wiarygodności. Po Larrym Davidzie z Co nas kręci, co nas podnieca Firth jest chyba najlepszym do tej pory odtwórcą typowej allenowskiej roli.

Naturalnie, cała obsada dotrzymuje kroku wcześniej wspomnianemu panu. Zarówno aktorzy trzecio i drugoplanowi wywiązują się ze swojego zadania i tworzą idealne tło dla opowiadanej historii. Zjawiskowo piękna Emma Stone może nie zadziwiła aktorskimi umiejętnościami, ale to zupełnie nie jej wina. Jej gra była prosta, tak jak postać Sophie; niewykształconej, ślicznotki z zapadłej dziury gdzieś w Ameryce rzuconej w sam środek arystokratycznego raju.

A trzeba przyznać, że widoki przemykające co rusz w tle to istne niebo na ziemi. Firth i Stone tworzą uroczą parę. On mówi, ona wygląda, a Lazurowe Wybrzeże nadaje ich relacji blasku; być może nawet samej magii. Na papierze nie wygląda to nadzwyczaj intrygująco i oryginalnie, ale na ekranie działa.

Co zwróciło moją uwagę, to długie dialogi, a w szczególności monologi Stanleya. Rzecz na którą większość widzów, po forumowym researchu, zdaje się najbardziej narzekać. Dziwna to sprawa, bo wypowiedzi głównego bohatera stanowią o jego postępującej przemianie. Ze zdystansowanego racjonalisty wygłaszającego co chwilę sarkastyczne i kąśliwe komentarze, Stanley powoli zmienia się w romantyka. Do głosu dochodzi jego serce, a to wywołuje w jego, latami opierającej się na logice, głowie okropny zamęt. Przez to, z jego ust wylewa się potok słów, trwa walka, uczucia biją się z myślami. Allen wyciąga dialog wewnętrzny z postaci i obnaża go przed widzem – najlepiej obrazuje to scena, w której Stanley zwierza się swojej ciotce, wygłaszając najracjonalniejsze stanowisko do niedawnych wydarzeń, a ta, niegdyś porzucona przez wielką miłość, krótkimi zdaniami zbija go na ścieżkę emocjonalności. Do tego dochodzą trudne pytania typu "Lepiej żyć szczęśliwym w kłamstwie, czy znać smutną prawdę?", na które reżyser chce, by widz sobie odpowiedział.

Podsumowując, Magia w blasku księżyca na prawdę ma w sobie odrobinę magii. Nie tak dużo co wspaniały O północy w Paryżu, ale wystarczająco, by zatopić się w przedstawionym świecie. Dobra gra aktorska, piękne scenerie i charakterystyczna, przyjemna muzyka jazzowa (mały minus za powtarzanie w kółko jednej z melodii) tworzą wartościowy obraz, warty przyswojenia, najlepiej w towarzystwie lampki wina i świetle księżyca.


Marcin Darski
Nonkonformista. Samozwańczy krytyk i przyszły autor bestsellerów. Prowadzący bloga Jay's World.