Lucyna w natarciu

Tytułową Lucy poznajemy rankiem w Tajwanie, po ostro zakrapianej nocnej eskapadzie z niedawno poznanym Richardem. Ten wplątuje ją w przemyt nowo zsyntetyzowanych narkotyków, jednak w trakcie akcji nasza bohaterka przyjmuje dużą ilość substancji co wprowadza jej mózg na zupełnie inny poziom wydajności.

Darowałem sobie wstęp idąc za przykładem francuskiego reżysera, który w swoim obrazie się nie patyczkuje i od razu przedstawia właściwą akcję. Widzowi oszczędzona zostaje zatem kolejna nudna, przydługawa eskapada mająca przybliżyć sylwetkę bohatera odbiorcy. W zamian jest trochę napięcia, akcja i pociśnięta na maksa hipoteza.

Pojawienie się na ekranie zawsze świetnego Min-sik Choi (na jego niewzruszoną, pokrytą świeżo wypryśniętą krwią twarz mógłbym patrzeć z fascynacją godzinami) zwiastuje ciekawe, pełne wspomnianego napięcia, zmagania z główną bohaterką. Niestety, wraz z rozwojem fabuły i wzrostem sił Lucy, akcja znacznie zwalnia, dosłownie i w przenośni wznosi się pod sufit jak wrogowie blondwłosej piękności, hen daleko poza zasięgiem widza aż wreszcie ustępuje miejsca reżyserskiej wizji nadczłowieka i ewolucji.

Ta zaś wypełniona jest efekciarstwem i grafiką komputerową. Ujęcia są szybkie, tu coś błyśnie, tam strzeli, komórki się mnożą, a moc Lucy rośnie. Następnie wjeżdża przerywnik w postaci pokonywania kolejnych punktów dzielących bohaterkę od celu. To zaś prowadzi do kolejnych efektów specjalnych i tak w kółko.

Gra Scarlett Johansson kończy się w momencie uzyskania przez jej postać nadzwyczajnych umiejętności; Lucy przestaje czuć wszelkie, prymitywne ludzkie uczucia – od ekscytacji poprzez smutek i ból, na pożądaniu kończąc – więc jej mimika ogranicza się do beznamiętnego przechylania na bok głowy w geście ponadprzeciętnego rozumowania. Min-sik Choi zaś robi tylko ciekawe wejście, bo bez skupieniu się na jego charakterze (początkowy brak "podjazdu" pod rzeczywiste wydarzenia odciska się na całym filmie – żadna postać nie jest tu przedstawiona w 100%) staje się tylko wrzeszczącym żółtkiem z uzi. Podobnie Freeman, którego występ w roli profesora-narratora. Jego występ wzbudza odczucie patrzenia nie na autonomiczną całość, a zlepek wszystkich filmów Bessona po 2000 roku z "Zagadkami wszechświata z Morganem Freemanem".

Ogólnie, można się przyczepić dosłownie do wszystkiego co zostało zawarte w filmie i to bez specjalnego silenia się na to. Tylko kwestia gustu reguluje jakość przedstawianego materiału, który sprawia wrażenie uproszczonego programu z Discovery, podanego na srebrnej tacy z lepszą niż zwykle oprawą.

Dobrze jest zobaczyć coś takiego w kinie, choć by czerpać z seansu jak najwięcej przyjemności, należy trochę przykręcić swoje myślenie i chłonąć to co serwowane na ekranie z przymrużeniem oka.

PS Nigdy nie sądziłem, że będę kiedyś tęsknił za niepotrzebnym tłumaczeniem, ale wyobraźcie sobie zupełnie inny wymiar jaki nabrałaby produkcja gdyby na plakatach, obok intrygująco spoglądającej Scalett dumnie prezentowałby się tytuł "Lucyna"!


Marcin Darski
Nonkonformista. Samozwańczy krytyk i przyszły autor bestsellerów. Prowadzący bloga Jay's World.