Mama Dolana

Tydzień temu, na otwarciu 5. Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej KAMERA-AKCJA wyświetlono najnowszą produkcję osławionego, młodego talentu z Kanady Xaviera Dolana.

Film oglądałem całkiem na sucho – nie widziawszy poprzednich pozycji młodego artysty. Robiłem wiele podchodów pod jego wcześniejsze produkcje. Zawsze gdy już "go" miałem w rękach, napotykałem na jakiś problem. Niby dobry, recenzje w porządku, a niektórzy, z mocno ściśniętymi udami, piali z zachwytu nad jego talentem, a ja jednak, często nie mogłem znaleźć nastroju. Mówiłem sobie "Ach, tak, obejrzałbym dobry film, ale chyba nie mam ochoty patrzeć na mizdrzących się facetów." po czym przepraszająco, ale za każdym razem obiecując powrót do odtwarzacza, odkładałem DVD na półkę "Do obejrzenia".

Nie mam problemu z żadną odmiennością, wręcz przeciwnie, bo sam jestem dziwny, ale nagle okazało się, że trudno mi znaleźć się w humorze do bycia świadkiem męskich pocałunków. Tak przynajmniej sobie powtarzałem. Ciekawość jednak pozostała i gdy okazało się, że na rozpoczęciu festiwalu Kamera Akcja wyświetlony będzie ""movie-link" data-id="577220" href="http://fdb.pl/film/577220-mama">Mommy" zadecydowałem, że jeśli nie w domowym zaciszu, to, z przytupem, na wielkim otwarciu.

I stało się. Wbrew moim bzdurnym przekonaniu o nastroju najnowszy obraz Dolana nawet nie traktuje o homoseksualizmie. W "Mommy" zobaczycie historię matki, Diane (Anne Dorval) i jej syna, cierpiącego na ADHD, Steve’a (wyśmienity Antoine-Olivier Pilon). Akcja rozpoczyna się gdy matka odbiera Steve’a z ośrodka, w którym poddany był leczeniu. Razem próbują rozpocząć nowy rozdział w ich życiu co okazuje się trudne biorąc pod uwagę wybuchowy temperament blondwłosego młodzieńca. Nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mało widoczna i rozmowna sąsiadka Kyla (Suzanne Clément).

Wbrew pozorom - to nie jest Dolan. On nie gra w tym filmie. Nie żebym ja ich pomylił...czy coś...no.Wbrew pozorom - to nie jest Dolan. On nie gra w tym filmie. Nie żebym ja ich pomylił...czy coś...no.

Po pierwsze – ja to kupuję. Grę aktorską, relację matki z synem, syna z sąsiadką czy sąsiadki z matką. Całą historię i narrację. Kupuję tą zwyczajną opowieść o zwyczajnym życiu i zwyczajnych problemach, które swoją zwyczajność zawdzięczają rzeczywistości za oknem, za ścianą, podłogą czy sufitem. Wręcz uwielbiam osobowości jakie wskakują z ekranu do serca widza.

Z natury jestem roztargniony i czasem, nawet w kinie, kiedy z głośników walą ostre basy, na ekranie burzą się wieżowce, a jakaś postać krzyczy w przerażeniu potrafię złapać "zwiechę" i rozmyślać o smaku pączków z cukierni, która w filmie została przed chwilą unicestwiona. W tym przypadku strasznie się wkręciłem w opowieść i obserwowanie krzątającej się po domu, odpalającej fajkę od fajki, w wiecznym burdlu po przeprowadzce, Diane było zadziwiająco przyjemnym doznaniem. Trochę tak jak siedzenie na ławce z petem w pysku i przyglądanie się pędzącym w wyścigu szczurów ludkom. Zaprawdę, ciekawe zjawisko.

Innym ogromnym plusem jest brak dosłowności; widz nie jest traktowany jak pusty bęben maszyny losującej. Pełno tu sytuacji, w których należy dopowiedzieć sobie resztę samemu – tak jak się czuje, jak podpowiadają emocje szamoczące się w piersi. To idealny film na poseansową dyskusję; o życiu, marzeniach i radzeniu sobie z przeciwnościami.

Ale nie samym smętem wieje w ""movie-link" data-id="577220" href="http://fdb.pl/film/577220-mama">Mommy". Ekranowe zacieśnianie więzi między bohaterami powoduje wiele zabawnych sytuacji i tekstów, które jeśli nie wywołają parsknięcia śmiechem to na pewno zarysują wesołą podkówkę na niejednej twarzy. Do tego, w niektórych momentach, w których reżyser jawnie bawi się swoją pracą nie tracąc jednocześnie na przekazie, uśmiech aprobaty sam wędruje na usta.

Podsumowując, warto skupić się przez chwilę na całej twórczości Xaviera. Młody artysta ma w głowie wiele pomysłów, a do tego dochodzi jego młodzieńcza jeszcze, buntownicza i silna osobowość. Jeśli nie dla historii i dobrego aktorstwa, "Mommy" warto obejrzeć chociażby dla tak zwanych "ładnych obrazków", które są nieodłącznym elementem twórczości kanadyjczyka. Osobiście muszę przyznać, że to jest mój typ kina (a pomyśleć, że miałem opory – życie bez uprzedzeń jest lepsze, naprawdę) i można łatwo zachwycić się niektórymi, czasem bardzo subtelnymi, ale pomysłowymi i bardzo silnymi w swoim minimalistycznym przekazie, zabiegami (chociażby ze zmieniającą się podczas filmu wielkością ekranu). Polecam gorąco.


Marcin Darski
Nonkonformista. Samozwańczy krytyk i przyszły autor bestsellerów. Prowadzący bloga Jay's World.