Bitwa bolesna dla widza

Aua! Ło Jezu! Aua!!! Jak boli. Och! Dolary głęboko wbijają się w skórę! Monety wwiercają się w kości, a te pękają z łoskotem otwieranej kasy fiskalnej. A cały ten zgiełk polukrowany efektami specjalnymi podaje się na srebrnej tacy. Tfu, to znaczy ekranie… Ech, bardzo mnie to boli, wiecie? Bardzo mnie piecze ta bezczelna komercjalizacja.

Rozbicie jednoksiążkowego materiału na aż trzy filmy od początku uważałem za zły pomysł. I w tym przekonaniu się utwierdzałem oglądając kolejne części. Epickie uniwersum zostało w ten sposób sprowadzone do niskobudżetowych produkcji powtarzanych w kółko i dzielonych na części niczym na dawnym kanale Hallmark.

Być może nie przeczytałem żadnej książki Tolkiena, nie jestem ekspertem, nie mogę się nazwać pełnoprawnym fanem. Nie wiem wszystkiego, nie kojarzę co z papierowych pierwowzorów zostało pominięte, a co nie. Jednak jako widz – szczery obserwator, miłośnik filmu czy zwyczajny poszukiwacz rozrywki; taki jak Ty drogi czytelniku – czuję ogromną gorycz w sercu, bo najnowsza produkcja Jacksona to kinematograficzna porażka. Sztuka, która ustąpiła producenckim planom zarobienia szmalu.

Kilka strzał i jeden łuk - to bilans walki ze smokiem. Minimalizm pełną gębą.Kilka strzał i jeden łuk - to bilans walki ze smokiem. Minimalizm pełną gębą.

Dobrze jest wrócić do Śródziemia, ale ciężko się patrzy na fabularne niedociągnięcia. Na wszelkie niedopowiedzenia i nieścisłości. To wszystko sprawia, że hobbicia trylogia to film niemal tylko dla fanów (chociaż i ci mogą dostać tu palpitacji serca), którzy zaznajomiwszy się z pełną historią będą w stanie dopowiedzieć sobie większość fabularnych dziur. Zupełnie inaczej niż Władcą Pierścieni, który nawet dla laika jest zrozumiały i w dużym stopniu przejrzysty. W Bitwie Pięciu Armii brak odpowiedniego balansu, za dużo wszystkiego; baśniowości (co akurat mogę zrozumieć, bo to odrębna historia nie obarczona brzemieniem nadchodzącej zagłady), patetyczności i przerysowanej epickości, która wręcz wylewa się z każdej sceny.

Jak dobrze zauważył mój znajomy, z którym byłem na seansie; każdy ekranowy bohater to postać powyżej setnego poziomu, a orkowie, czy jakiekolwiek zagrożenie, to typowe "nooby" padające od jednego ciosu w hełm (sic!). Wszystko można by tu przyrównać do kiepskiej, liniowej gierki, z która każdy na pewno kiedyś się spotkał, z przeciwnikami o inteligencji jajka na miękko. Nawet jeśli "tak było w książce", nie tak powinien wyglądać film. A szczególnie ostatnia część wysokobudżetowej produkcji.

Poprzednie odsłony Hobbita ratował w głównej mierze Biblo. Chociaż, jakby się nad tym zastanowić, to całe, ogólne przedstawienie postaci, ich relacji – przywar i cech towarzyszących każdemu z osobna – było najmocniejszą stroną tej historii. Postacie przeżywały przygody, zmieniały się i odkrywały w sobie pokłady ukrytej odwagi. Więzy przyjaźni zacieśniały się, honor zaczynał coraz bardziej lśnić w sercach członków grupy i po każdym zażegnanym niebezpieczeństwie pojawiała się większa chęć parcia do przodu – w widzu zachodziła potrzeba zobaczenia co też tym razem spotka ekranową, dziwaczną gromadkę.

Krasnoludzie krzywe spojrzenia to chyba nie przypadek...Krasnoludzie krzywe spojrzenia to chyba nie przypadek...

W Bitwie Pięciu Armii nie ma już tyle Bilbo, nie czuć poprzednio zbudowanych relacji, a cała gadka o honorze (tak eksploatowanym przed dwa poprzednie filmy) i odzyskaniu dziedzictwa rasy wypada okrutnie bezbarwnie i nieprzekonywająco. Wręcz zachodzi tu proces przerostu formy nad treścią. Baśniowy styl miesza się z mdłym, nawet nie w pełni ciemnym, a szarawym, mrokiem otaczającym bohaterów (sekwencja uświadomienia sobie przez Thorina kim się stał, wywoływała na sali szepty i prychnięcia zażenowania). Wszelakie zagrożenie wypada tu całkowicie bez polotu i spływa po widzach jak przedseansowe reklamy. Jak wspomniałem wcześniej – cokolwiek spotyka wyróżniające się postacie, można zbyć wzruszeniem ramion, bo po kilku podobnych scenach jest się już pewnym, że w wyniku jakiegoś akrobatycznego cudu, czy cudu samego w sobie, opresja minie i akcja wesoło podąży dalej.

Jako widowisko z efektami specjalnymi i jako taką rozwałką, trzecia część Hobbita wypada dobrze. Gra aktorska (dobrze zobaczyć Gandalfa czy Legolasa, a Martin Freeman w roli tytułowego hobbita wypada wyśmienicie), niektóre dialogi – głównie te zabawne, bo te udające ważne brzmią sztucznie – projekty artystyczne występujących jednostek, a w szczególności orków, i ładne, napawające wzrok, ujęcia sprawiają, że ten film, jako całość, śmiało można nazwać niezłym. Jeśliby się silić na obiektywizm, co właśnie robię.

W każdym razie, zgrzytu, który zdestabilizował najnowszą trylogię Jacksona doszukuję się w rozbiciu materiału na aż trzy części. Widać, że zabrakło trochę pomysłów, całość zrobiona została jakby trochę na siłę, pod presją milionów fanów. "Macie i dajcie mi spokój" jakby mówił z ekranu reżyser. Na pewno każdy znajdzie w Bitwie Pięciu Armii coś co mu się spodoba, ale do zachwytu niczym po Władcy Pierścieni droga daleka jak z Shire do Mordoru. No i pozostaje to palące pytanie bez odpowiedzi…a ciekawe jakby to zrobił del Toro?


Marcin Darski
Nonkonformista. Samozwańczy krytyk i przyszły autor bestsellerów. Prowadzący bloga Jay's World.