Jupiter - detronizacja jakości

W teorii ta recenzja nie ma racji bytu – premiera odbyła się ponad dwa tygodnie temu, szumu medialnego brak, piania z zachwytu lub niezadowolenia nie słychać. O tak, ta recenzja nie miałaby głębszego sensu gdyby nie jeden mały fakt – najnowsze widowisko twórców Matrixa to zeschły krowi placek wśród zieleniejącej trawki i bzyczących pszczół.

Nikt mnie nie ostrzegł, zwiastun fałszywie dał nadzieję, więc wiedziony chęcią nacieszenia oka efektami specjalnymi wybrałem właśnie tę pozycję. Ten błąd sprawił, że mam tu prywatną misję do wypełnienia. Muszę Was ostrzec przed tym filmem.

Fabuła niezaskakująco czerpie z wszechobecnego i dobrze znanego schematu "od zera do bohatera", choć potraktowanego po macoszemu, bo główna bohaterka – czyli tytułowa Jupiter (Mila Kunis) – to niedopieszczona i niezaspokojona młódka, która wolałaby wskoczyć na latającego w grawitacyjnych butach Caina (Channing Tatum) niż zwrócić swoją uwagę na fakt, że ściga ją pozaziemska, zaawansowana rasa ludzi-kosmitów, a ona sama, według międzygalaktycznego prawa, jest pretendentką do bycia Królową Ziemi.

Bez przydługich wstępów, akcja szybko się rozkręca i Wachowscy raczą widza pościgami, strzelaninami i wybuchami.

O akcji wspominając, nie sposób nie pomyśleć o efektach specjalnych, o których mogę powiedzieć jedynie, że ich za bardzo nie widziałem. Czy to jakość taśmy, czy okularów 3D – obraz był ciemny przez co wszelkie krajobrazy i świat w tle był ledwo widoczny i jakby zamazany, a kolejne, coraz to bardziej wymyślne sceny walk sprawiały, że zachodziła we mnie poważna obawa nabawienia się oczopląsu. Bez okularów całość prezentowała się znacznie lepiej.

Szybkie tempo wydarzeń na ekranie sprowadziło na fabułę plagę dziur i niedopowiedzeń. Niektóre postacie pojawiają się, porywają i przetrzymują główną bohaterkę by ziścić własne plany, po czym – gdy im się nie uda – znikają na dobre. Niemoc "tych złych" jest w głównej mierze ograniczana międzygalaktycznym prawem, którego egzekutywa zdaje się wstrzymywać czarne charaktery przed realizacją ich niecnych założeń, ale które w praktyce w żaden sposób nie jest egzekwowane i nikt z tego tytułu nie ponosi odpowiedzialności. Cały czas też wspominana jest wielka potęga głównego czarnego charakteru, Lorda Balema (w tej roli przesadzający z zaangażowaniem Eddie Redmayne), która to na każdym kroku zawodzi, a ostatecznie jest rozbita przez jeden mały statek.

Jedynym, który wykazał się jakąkolwiek grą aktoską był właśnie przesadny Eddie Redmayne, który głosem osiemdziesięciolatka powoli odkrywał przed widzem pragmatyczny charakter swojej postaci, by co jakiś czas wybuchnąć i wykrzyczeć, że to on jest najsilniejszy.

Przedstawienie reszty obsady można porównać do napompowanego balona albo wzięcia zbyt dużego haustu powietrza. Sztywno i bez emocji. Z jakimś przestrachem na karku, jakby aktorzy niekomfortowo czuli się w towarzystwie pary reżyserów.

Pary, która dała ciała po całości na polu reżyserskim, bo Jupiter: Intronizacja to niekompletna historia, która przysporzy prędzej o zmarszczki od unoszenia brwi w pytającym wyrazie twarzy niż da pełnię rozrywki, do której została stworzona. Zdecydowanie lepiej już obejrzeć tą antypolską Idę


Marcin Darski
Nonkonformista. Samozwańczy krytyk i przyszły autor bestsellerów. Prowadzący bloga Jay's World.