RECENZJA: Zwykła fanka, niezwykłe oddanie

Po niedawnym sukcesie Coś za mną chodzi można by się spodziewać równie ciekawej opowieści o niechcianym towarzystwie napawającym strachem i przerażeniem. W końcu pejoratywny wydźwięk słowa fan przywodzi na myśl prześladowanie i bezkrytyczne uwielbienie względem obdarowanego uczuciem artysty. Tymczasem Jeanne Herry serwuje nam kryminał nieudolnie przeplatany wątkami komediowymi. „Fanka” to kino, które mogłoby być bardzo dobre, gdyby odstawiło na bok przedziwne zbiegi okoliczności i groteskowe skróty myślowe.

Muriel Bayen (Sandrine Kiberlain) od dwudziestu lat jest wierną fanką, która pojawia się na wszystkich koncertach, nagraniach i spotkaniach z piosenkarzem Vincentem (Laurent Lafitte). Kobieta dojrzała, rozwódka z dwójką dzieci nie jest traktowana jako nachalna groupie, ma znajomych wśród ochrony artysty i często jest wpuszczana za kulisy. Dla piosenkarza jest twarzą w tłumie, jedną z wielu piszących listy, która nic dla niego nie znaczy. Wszystko ulega zmianie, kiedy podczas kłótni z narzeczoną dochodzi do tragicznego wypadku i dziewczyna ginie. Morderstwo! I choć zbrodnia była niedoskonała, to pozbycie się ciała ukochanej staje się majstersztykiem, kiedy Vincent postanawia wykorzystać pomoc fanki. Muriel jawi się jako osoba łatwa do wykorzystania ze względu na bezgraniczną miłość i oddanie, gotowa wykonać każdą przysługę, aby zyskać atencję wielbionego artysty.

Fanka początkowo klimatem przywodzi na myśl Zaginioną dziewczynę Finchera, kiedy zrozpaczony mężczyzna zgłasza zaginięcie narzeczonej. Oziębły i nieco wycofany emocjonalnie nie budzi wątpliwości, nawet wtedy, kiedy policja odnajduje zwłoki. Główną podejrzaną staje się Muriel. Co się dzieje, kiedy obiekt wyidealizowanych fantazji okazuje się interesownym szarakiem? Zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne, kiedy kobieta sama musi poradzić sobie z oskarżeniami i wyplatać się ze sprawy morderstwa. Kiberlain to najmocniejsze ogniwo tego obrazu, przyciąga uwagę i hipnotyzuje, choć działania jej bohaterki są niewiarygodne i trudne do zrozumienia.

Herry chciała zrobić film prześmiewczy, wplata nikłe wątki komediowe w postaci dwóch policjantów – małżonków nieustannie kłócących się ze sobą, co całkowicie psuje narastające napięcie. Vincenta i Muriel również nie traktuje serio, wrzucając ich postawy w schematy i klisze, przez co nie udaje jej się stworzyć ani spójnego kryminału, ani komedii. Traci swój potencjał na braku zrozumienia bohaterów oraz napędzaniu akcji przez nieprawdopodobne zbiegi okoliczności. Zachowawcza opowieść bez rewelacji pogłębiania postaw i motywów, która przemknie przez kinowe ekrany bez echa.