Szybko i wściekle jak nigdy

Najnowsza część Szybkich i wściekłych prześcignęła i zostawiła daleko w tyle nie tylko swoje poprzedniczki, ale także kasowo pobiła każdą dotychczasową produkcję studia Universal. Torreto i spółka jeszcze nigdy nie byli tak duzi.

Po krótce, bo wdawanie się w szczegóły wprowadziło by niewątpliwy chaos w ten tekst (kto obejrzy film będzie wiedział o co chodzi), nowe przygody Dominica Torreto (Vin Diesel) i jego „rodziny” napędzane są przez niejakiego Deckarda Shawa (w swoim żywiole Jason Statham), który pragnie dokonać krwawej zemsty za poturbowanie swojego brata przez ekipę Doma w szóstej części serii.

Niewątpliwie na sukces „siódemki” miało wpływ wielu czynników. Jednym z nich była ironiczna śmierć odtwórcy jednej z głównych ról – Paula Walkera. Tragedia szerokim echem obiła się o media na całym świecie. Fani byli zdruzgotani, a zarazem podnieceni jak nigdy, gdy okazało się, że film jednak powstanie, a ci, którzy do tej pory nie zwracali uwagi na serię teraz to zrobili. Można zaprzeczać przed sobą, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który nie był ciekawy jak twórcy zastąpią Paula jego braćmi i filtrami graficznymi. Ja byłem.

Inną, równie ważną, przyczyną zakupu biletu przez wielu z nas była siła szyldu Szybkich, który po słabej „czwórce” przeżywa istny renesans i z części na część oferuje coraz więcej rozrywki. Ostatecznie kina wypełniły się też z powodu niezawodnego społecznego dowodu słuszności – skoro wszyscy oglądają, to może ja też powinienem?

Chyba nikt nie będzie zaskoczony, jeśli powiem, że Szybcy i wściekli 7 to jedna wielka rozrywka i zabawa filmową konwencją. Było tak w każdej części, tak jest i w tej – wścieklej i szybciej.

Jedni powiedzą nawet, że za wściekłe i za szybko. Ale nie tu leży problem, bo akurat igraszki reżysera z widzem w postaci umieszczaniu bohaterów w sytuacjach, w których nawet Ethan Hunt powiedziałby, że to niemożliwe wychodzą tej serii na dobre i sprawiają, że zabawa podczas seansu jest tak ogromna.

Problemem tej części jest rozlazłość. Pomiędzy efekciarskimi scenami wyścigów, odbijania zakładnika, walki z Shawem, kradzieży czy ucieczki przed dronem śmigającym nad głowami mieszkańców dużego miasta pełno tkliwych, mdłych scenek, w których miłość zdolna jest pokonać wszystko, a rodzina okazuje się być najważniejszą wartością w życiu każdego szczęśliwego człowieka. Nie pierwszyzna to dla serii, ale tym razem brakło odpowiedniego wyważenia w prezentacji podobnych prawideł i gdy znów mowa o tym samym, robi się nudno i nieciekawie. Na szczęście zaraz coś wybucha.

Ekranowa ekipa zna się już tak dobrze, że można pokusić się o stwierdzenie iż scenariusz wcale nie jest przez nich odgrywany, a reżyser nagrał jak ci po prostu między sobą rozmawiają. Nikt nie sili się na przesadną dramaturgię, a cały występ to po prostu dobra zabawa (dlatego też wspomniane wyżej, pełne mądrości, sceny tak rzucają się w oczy).

Paul Walker w akompaniamencie swoich braci zachowuje się i wygląda tak jak Brian, którego stworzył w poprzednich odsłonach. Aczkolwiek, można odnieść wrażenie, że jego postać została przez utrudniony proces edytorski trochę zepchnięta na bok – O’Conner mówi mniej, pojawia się rzadziej i nie jest już tak kluczową postacią jak kiedyś.

Mimo to, każdy zgrzyt można, czy nawet trzeba, twórcom wybaczyć. Ci skupili się na akcji, która prezentuje się tutaj świetnie. W swoim gatunku, jako źródło nieskalanej rozrywki, Szybcy i wściekli 7 to sztandarowy przykład jak zrobić fajny film, który nie obciąża zwojów w mózgu i pozwala się cieszyć tym co dzieje się na ekranie. Najlepiej smakuje wśród znajomych, z piwem i przekąską.


Marcin Darski
Nonkonformista. Samozwańczy krytyk i przyszły autor bestsellerów. Prowadzący bloga Jay's World.