Czerwony system

Po pełnym akcji – utrzymanym w konwencji Ściganego Safe houseDaniel Espinosa powraca do kin z nową produkcją pt. System.

Czasy zimnej wojny. Leo Demidov (Tom Hardy), okrzyknięty po wojnie bohaterem narodowym, po powrocie do Moskwy z sukcesem kontynuuje służbę w agencji bezpieczeństwa. Jego sytuacja życiowa komplikuje się, gdy sprzeciwia się swoim przełożonym, a z kraju napływa coraz więcej informacji o tajemniczych, śmiertelnych wypadkach na kolei.

Tym razem, kosztem szybkiej i porywającej akcji zyskuje fabuła. Scenariusz jest całkiem rozbudowany, lecz – choć nie uniknięto kilku wpadek – nawarstwiające się wątki nie przeszkadzają w odbiorze filmu. Wręcz przeciwnie, wielowątkowość popycha bohaterów do danych czynów i odmienia ich osobowości. Świat przedstawiony jest wyraźnie przedstawiony jako ciąg przyczynowo-skutkowy, który aktywizuje postacie do podejmowania ciężkich w skutkach decyzji i moralnego przewartościowania.

Niestety, mimo dobrze zbudowanej i poprowadzonej akcji, twórcy nie uniknęli kilku błędów typowych dla produkcji z ambicjami i ograniczonym budżetem. Przykładem niech będzie zakończony sukcesem pościg za samochodem, przeprowadzony na piechotę (sic!) i bezpardonowe cięcie prowadzące od razu do momentu dogonienia pojazdu.

W oczy rzuca się także chaotyczna praca kamery podczas scen walk. Niedużo ich w filmie lecz pozostawiają wiele do życzenia; w szczególności, że nieraz trudno stwierdzić kto właśnie obrywa. Albo nie starczyło środków, albo jest to wynik nieudanej wizji artystycznej. Dla dobra kina, miejmy nadzieję, że chodziło o to pierwsze.

Mimo tych kilku potknięć, twórcy rekompensują winy doskonałą scenografią i klimatem zimnej wojny. Właściwie cała głębia opowieści wynika z – na ile to możliwe w filmie komercyjnym – rzetelnego przedstawienia jak w praktyce działał państwowy aparat bezpieczeństwa i do jak brutalnych przekłamań w imię ideologii zdolni byli komuniści.

Charyzma Hardy'ego aż wylewa się z ekranu.Charyzma Hardy'ego aż wylewa się z ekranu.

Największym jednak plusem Systemu są aktorzy. Znani i nieznani tworzący kompletny jakościowo performance. Bardzo dobrze w swoich rolach wypadają, zawsze przyjemny w oglądaniu, Tom Hardy i Noomi Rapace (choć grana przez nią Raisa bywa fabularnie niedorzeczna). Ich postacie przechodzą największe przemiany ze wszystkich na ekranie; ich historia to droga do oczyszczenia, zarówno dla nich samych jak i trawionego reżimem kraju. Na drugim planie również oślepiają nazwiska, bo jest to Gary Oldman czy Vincent Cassel. Niestety, mimo naprawdę solidnej gry, największym mankamentem ich występów jest brak wystarczającego czasu ekranowego. W rezultacie widzowi brakuje więzi z przedstawianymi osobowościami i dobrze zagrane charaktery nagle przestają być eksploatowane, a ich losy stają się mniej ważne. Tu szczególne kondolencje dla maniakalnej kreacji Joela Kinnamana.

Zliczając wszystkie aspekty Systemu pod kreską, otrzymujemy obraz niezły, miejscami nawet dobry, który ogląda się z ciekawością godną najlepszych thrillerów. Kto wie, być może gdyby twórcy uniknęli błędów film wcale by nie zyskał, a zrobił się trochę nudnawy? Na pewno widać progres w pracy reżysera, który stara się robić filmy niekonwencjonalne z czołowymi aktorami z samego szczytu. To trudna i niepewna ścieżka, której rezultatem będzie albo, wynoszący na sklepienie, wielki hit, albo kit i artystyczny margines. Póki co, można zobaczyć dzieło stworzone w połowie tej drogi.

PS Każdemu dystrybutorowi, próbującemu zachęcić do obejrzenia filmu dzięki trzyminutowej obecności polskiego aktora lub aktorki w zagranicznej produkcji, szczere i dosadne westchnięcie dezaprobaty w twarz.


Marcin Darski
Nonkonformista. Samozwańczy krytyk i przyszły autor bestsellerów. Prowadzący bloga Jay's World.