Szaleńcza jazda bez trzymanki

Nie od dziś wiemy, że kształtna, jędrna pierś lub pośladek są przyjemniejsze od zgłębiania ludzkiej martyrologii, a efektowny wybuch utkwi w pamięci na dłużej niż szczegółowy obraz przemian społeczno-ustrojowych bloku wschodniego w czasach zimnej wojny . Ba! Nawet ustawiona na pomarańczowo-niebieskim tle postać, która na ekranie wypowiada jedną czy dwie strony maszynopisu, zaskarbi sobie trzykrotnie więcej fanów niż wszyscy dobrodzieje tego świata razem wzięci. Proszę Państwa, oto Mad Max.

Świat, który znamy, nie istnieje. Pozostała tylko jałowa ziemia z równie jałowymi ludźmi – wyniszczonymi wojnami, oszalałymi istotami kierującymi się podstawowymi instynktami. Przemierzający te pustkowia Max, po raz kolejny zostaje wciągnięty w wir wydarzeń, które zakwestionują jego samotniczy tryb życia i znacznie utrudnią podstawowe zadanie – przetrwanie.

Gwoli ścisłości, by się nie przeliczyć lub zniekształcić odbioru – najnowsza część Mad Maxa, to coś innego. To nowa budowla, stworzona z szacunkiem do poprzedniej, na jej starych, ale wciąż mocnych, fundamentach.

Znaczy to tyle, że poprzez dobrze znaną stylizację przedstawioną w nowej, widowiskowej – na miarę obecnych możliwości technologicznych – odsłonie, Fury Road zyskuje pewnej świeżości, której brakowało trzeciej, przekombinowanej części trylogii. Przy okazji, twórcy raczą widza klasycznymi smaczkami, które nadały całemu uniwersum tej niesamowitości; kiczowate, znane z pierwszego Maxa, przyśpieszenie obrazu, pokręceni, samobójczy przeciwnicy czy wszechobecny, gęsty klimat upadku godności i braku nadziei.

Miller i tym razem pokusił o duży krok w fabularną przyszłość. Przedstawia środowisko jakie powstało po latach nuklearnych wojen o benzynę. Poznajemy więc jeden z ludzkich obozów, Cytadelę, w którym żelazną ręką rządzi tzw. Wieczny Joe (znany z pierwszej odsłony Mad Maxa Hugh Keays-Byrne). Pozostała przy życiu resztka ludzkości, to w głównej mierze wyniszczone działaniem promieniowania pół-żywe istoty – samobójcze sługusy na usługach Wiecznego. Ci, których niekorzystne warunki nie zmieniły w zmutowane kreatury, żyją w skrajnym ubóstwie i na łasce dyktatora Cytadeli lub są „dawcami” krwi dla jego żołnierzy.

Taka wizja pokręconej rzeczywistości dała reżyserowi ogromne pole do popisu i przestrzeń do przemycenia na ekran czegokolwiek zapragnie. W ten sposób, w zniszczonym świecie pojawiają się przepiękne niewiasty wykorzystywane przez główny czarny charakter do prokreacji lub mamy do czynienia z niepokojącymi obrazkami zmutowanych ludzi (ciekawe zestawienie, prawda?).

Ogólnie, najmocniejszym aspektem Fury Road jest obraz. Jasna, ognista kolorystyka cieszy oko, a reszta scenografii – od strojów po samochody – stoi na najwyższym poziomie. Zachwyca również model zniszczeń; pojazdy, wypadając z szaleńczego pędu, rozpadają się na drobne kawałeczki w akompaniamencie buchających z silnika płomieni. Co więcej, efekty komputerowe są widoczne dopiero w dosyć przekombinowanej scenie finałowej, więc uprzednia rozpierducha wygląda naprawdę autentycznie.

Niestety, pomiędzy tak świetną, szaleńczą akcję, wciska się skostniała "hollywoodzkość". W momentach przestoju, przerwy od walki, widzowie raczeni są standardową do bólu muzyką zwiastującą rozterki wewnętrzne postaci lub ekspozycję ich bolesnej przeszłości. Na szczęście za chwilę znów coś wybucha i wracamy do zabawy.

Powracając do przyjemnych rzeczy, nie sposób nie wspomnieć o muzyce, która, wyjątkowo, nie nadaje tempa, lecz podąża za tym tworzącym się na ekranie. Często obecne dźwięki instrumentów smyczkowych, perfekcyjnie wprowadzają widza w klimat nadchodzącego zagrożenia, by we właściwym momencie mogło rozpętać się audiowizualne piekło. Sztywny i wysoko uniesiony kciuk w górę wędruje do twórców za pomysłowe przemycenie tego podkładu muzycznego do świata filmu – załadowany głośnikami jeep i gitara-miotacz ognia, to smaczek na widok którego uśmiechnie się każdy.

Na ostatni ogień idzie obsada, która z miejsca zasługuje na oklaski, ponieważ nawet najmniejsza rola podkreśla wszechobecne szaleństwo.

Jak już wspomniałem, nowy Max jest…nowy. Bardziej oszczędny w słowa i mniej niezawodny. Trudno zdecydować czy to Hardy zagrał słabiej, czy to tylko taki bezpieczny krok reżysera, by ikonicznej kreacji Gibsona nie skazić próbą odtworzenia jego stylu sprzed lat. W każdym razie, to już fakt – Max odzywa się mniej choć wokół niego (i w jego głowie) dzieje się o wiele więcej. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że to nie on jest głównym bohaterem, a Charlize Theron w roli zbuntowanej Furiosy, od której wszystko się zaczyna. Zdecydowanie, występ Hardyego przyćmiewa bardziej złożona rola Theron, którą odegrała zresztą z równą starannością. Nie zrozumcie mnie źle, Tom nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu, lecz tym razem nie miał miejsca by zbytnio się wykazać. Szczególnie wyróżnia się gra Nicholasa Houlta jako psychotyczny, dążący do chwalebnej śmierci, niezdarny Nux.

Podsumowując, George Miller stworzył obraz kompleksowo rozrywkowy; pełen szalonej zabawy konwencją filmową i bezpruderyjnej przemocy. Przed seansem najlepiej odrzucić wszelkie oczekiwania wobec głębokiej fabuły czy rozbudowanych postaci i ich ekspozycji – wtedy, uwagę będzie można w pełni skupić na post apokaliptycznym spektaklu zniszczenia, który w przedstawionej formie smakuje wyśmienicie.


Marcin Darski
Nonkonformista. Samozwańczy krytyk i przyszły autor bestsellerów. Prowadzący bloga Jay's World.