RECENZJA: Życie w świecie marzeń

Nie każdy DJ może liczyć na popularność i uwielbienie jak Daft Punk, sama miłość i zaangażowanie dla muzyki nie wystarczą, aby osiągnąć sukces, prestiż i stabilność finansową. Atmosfera klubu, ciemnej nocy, głośnej muzyki wyznacza rytm filmowej opowieści o podążaniu za marzeniami wbrew oczekiwaniom otoczenia. Mia Hansen – Løve opowiada o niedojrzałości współczesnych 30-latków, marzeniach i życiowym niespełnieniu, zanurza uniwersalną opowieść w hermetycznym klubowym środowisku.

Eden to tytuł książeczki o muzyce, po którą sięga Paul (Felix de Givry), wchodząc do klubu jako młody pasjonat. To raj do którego dąży, wymarzone życie, przyszłość pełna radości i sławy. Z tym że w Edenie czekają pokusy w postaci narkotyków i emocjonalnej samotności, a upragniony raj okazuje się przekleństwem, które zamiast szczęścia ciągle dostarcza zmartwień i kłopotów. Paul wraz z kolegą zakłada zespół Cheers i razem tworzą muzykę garage będącą mieszanką house, disco i techno. Stają się uczestnikami klubowej rewolucji, stopniowo zdobywają poszczególne stopnie kariery – własna audycja, płyta czy klub. Cena sukcesu jest wysoka, a ze szczytu bardzo szybko można spaść na dno.

Paul staje się przewodnikiem po tym świecie, a jego losy śledzimy na przestrzeni kilkunastu lat. Od samego początku towarzyszy mu zgrana paczka ludzi, choć wydaje się, że nikt nie ma tam osobowości przyciągającej uwagę. Przyjaciele Paula stają się zlepkiem różnych tożsamości, a jego dziewczyny tylko koniecznym ozdobnikiem skrytym za historią głównego bohatera. Hansen – Løve mocno podkreśla, kto jest najważniejszą figurą na ekranie, ale w konstrukcji tej postaci brakuje wyrazistości i charyzmy. Chłopak wypełnia poszczególne kadry, spogląda smutnym i wiecznie naćpanym wzrokiem, lecz nie potrafi wzbudzić emocji pozytywnych, jak i negatywnych. Obojętność wobec sukcesów i porażek głównego bohatera to bariera, która nie jest w stanie przekonać do współodczuwania czy identyfikacji. Zdecydowanie lepiej wypadają w Edenie kobiety: matka Paula (Arsinee Khanjian) czy Lousie (Pauline Etienne), które potrafią racjonalnie podejmować decyzje i głośno wyrażać swoje zdanie.

Reżyserka Ojca moich dzieci nie tworzy kina o muzykach. Nie chce opowiadać o upadku czy cierpieniach geniusza muzycznego, jak to czyniło wielu twórców, choćby w Niczego nie żałuję czy Skazany na bluesa. I choć w tle rozbrzmiewają największe klubowe przeboje, to ścieżka dźwiękowa nie robi wrażenia, a raczej jest przerywnikiem w opowieści o złamanej i niedostosowanej do rzeczywistości jednostce. Eden jest doskonałą propozycją, kiedy chcemy obejrzeć coś przewidywalnego od początku do końca, bez większych zawirowań i zaskoczeń. Nie od dziś wiadomo, że pozostawanie wiecznym chłopcem, prowadzi do przykrych konsekwencji, a nieustanna zabawa i beztroska kiedyś muszą się skończyć. Pozostaje tylko kwestia umiejętnego odbicia się od dna, na które się spadło.