RECENZJA: Zabawa w kotka i myszkę

Marsylia. Rok 1975. Mafia narkotykowa pod przewodnictwem Gaetana „Tany” Zampy (Gilles Lellouche) ma się coraz lepiej. Przejmuje po kolei wszystkie kluby, puby i restauracje w mieście, pobierając opłaty za ochronę. Staje się jedynym słusznym dystrybutorem czystej heroiny, a policja przymyka oko na ich przestępczą działalność. Korupcja, działanie w białych rękawiczkach, brak dowodów, aby aresztować sprawców trwa od lat. Status quo postanawia zmienić prokurator Pierre Michel (Jean Dujardin) – od pierwszego dnia awansu zaczyna działania na granicy prawa, aby samodzielnie wymierzyć sprawiedliwość.

Choć historia Marsylskiego łącznika została oparta na faktach, to na początku pojawia się informacja, że rzeczywiste wydarzenia stanowiły tylko luźną inspirację. Cedric Jimenez zanurzył się w owiany legendami mafijny świat, aby przedstawić nierówną walkę pomiędzy silnymi przeciwnikami – mafiosą oraz przedstawicielem prawa. W historii kina powstało wiele opowieści o ścierających się antagonizmach w oparciu o zdarzenia prawdziwe z domieszką fikcyjnych atrakcji. W ten sposób zaglądaliśmy do świata włoskich grup przestępczych w Ojcu Chrzestnym czy z uwagą śledziliśmy powstawanie bossów mafijnych na amerykańskich ulicach w Dawno temu w Ameryce. Za sprawą Martina Scorsese otrzymaliśmy obraz policyjnego poświęcenia w imię sprawiedliwości w Infiltracji. Działania i osoby owiane legendą fascynują od zarania dziejów. Bogacze, którzy dawno zapomnieli o moralności i człowieczeństwie wpadli w ramy scenariuszowych schematów o bezwzględnych i męskich charakterach, gotowych na wszystko, aby obronić swoją rodzinę i interes. Równie stereotypowe podejście pokutuje w przedstawianiu organów ścigania, gdzie bohaterowie stają się superbohaterami w pełni skupionymi na osiągnięciu celu. Jimenezowi udało się uniknąć rażących uproszczeń i skrótów myślowych, dzięki czemu Marsylski łącznik jest ciekawym, europejskim thrillerem, opierającym się na psychologicznej grze w kotka i myszkę.

Pierre Michel to idealista, który całe swoje życie zawodowe poświęca na walkę z narkotykami. Praca staje się jego misją, zatapia się w niej i uzależnia od nieustannej adrenaliny i działań na granicy prawa. Ze ścigania Zampy czerpie czystą przyjemność, pełną energetycznych uniesień, małych zwycięstw i porażek. Prokurator wchodzi w narzucone mu śledztwo z werwą i zatapia się w nim niczym hazardzista, który przegrywając i tak stawia coraz większe kwoty. Jimenez tworzy z niego bohatera wyznaczającego rytm opowieści. Na szczęście Michel nie jest samotnym łowcą, działa dzięki wsparciu rodziny (której też kiedyś kończy się cierpliwości) oraz pomocy (i przeszkodom) marsylskiej policji. Otrzymuje nieco bardziej ludzki wymiar, kiedy zmaga się ze strachem i zwykłym ustalaniem priorytetów. Na przeciwnym krańcu znajduje się „Tony” Zampa, który dzięki fantastycznej kreacji Lellouche, zyskuje nie do końca negatywny wydźwięk.

W Marsylskim łączniku nie zobaczymy spektakularnych pościgów czy epatowania przemocą (reżyser ograniczył się do niezbędnego minimum), ale humanistyczną opowieść o dążeniach i aspiracjach, które prowadzą do zguby. To starcie silnych osobowości zatopione w malowniczych francuskich pejzażach, gdzie rodzina staje się wartością nadrzędną. Reżyserowi udaje się uniknąć topornej atmosfery i wprowadzić odrobinę humoru w zestawianiu dwóch pozornie różnych światów. Europejskie kino bez zbędnych fajerwerków, efektów specjalnych i spektakularnych pościgów, skupiające się na człowieku – to jest to.