Kotlety też trzeba umieć odgrzewać

Patrząc z perspektywy czasu, na usta cisną się słowa, że Jurassic World, to najlepszy sequel Parku Jurajskiego. Jednakże, tyle w nim podobieństw do ikonicznej „jedynki”, że w moich oczach to zaledwie remake.

Colin Trevorrow w swoim najnowszym filmie, garściami czerpie z pierwszej części produkcji Spielberga. Z resztą, miejscami można odczuć wrażenie, że to właśnie reżyser Indiany Jonesa stoi za kamerą, ukazując bohaterów w dających do myślenia, intymnych momentach zjednania i atmosferze pouczającej przygody.

Również fabuła prezentuje się podobnie. Akcja rozgrywa się w przyszłości (tak, tak, formalnie to sequel), po wszystkich feralnych wyprawach do krainy dinozaurów. Wraz z bohaterami przenosimy się do unowocześnionego parku, gdzie, jak się okazuje, oryginalne dinozaury nie dostarczają turystą takiej rozrywki jak przed laty, w związku z czym naukowcy tworzą w laboratorium nowe odmiany śmiertelnie niebezpiecznych drapieżników.

W tytule nie bez powodu wspomniałem o tzw. odgrzanym kotlecie. W Jurassic World znajdziemy odpowiednik każdej postaci, która do tej pory pojawiła się w jurajskim uniwersum. Jest ekscentryczny właściciel parku Pan Masrani, rodzeństwo – Zach i Gray, jest martwiąca się matka, jej siostra-pracoholiczka Claire, która zarządza parkiem i oczywiście bohater – tresujący raptory eks-żołnierz Owen. Jest również większe niebezpieczeństwo i więcej akcji.

W tej konfiguracji, z przeżywanych przygód płyną różne wartości. Tak też starszy z braci, dojrzewający nastolatek, któremu w głowie dziewczyny i marzenie wyfrunięcia z gniazda, otwiera się na młodszego, bystrego entuzjastę dinozaurów, Gray’a – razem dowiadują się jak mocno potrzebują się nawzajem i co oznacza braterstwo. Ich ciotka, z nieco sztywnej pani kierownik, przeistacza się w silną kobietę o potężnym instynkcie samozachowawczym i odnajduje miłość w tańczącym z raptorami. Zaś indyjski zastępca Johna Hammonda w głupi i brawurowy sposób traci życie na rzecz efektownego wybuchu (a może była to lekcja pokory?).

Scenariusz jest więc do bólu szablonowy. Postacie są jednowymiarowe i proste, jednak ich klarowność pozwala na dosadne zrozumienie motywacji i charakterów filmowych postaci i odniesienie ich do kart rzeczywistości. Twórcom udało się uniknąć sztampowości, która w tego typu produkcjach stała się niemal standardem. Przykładowo, główny ludzki przeciwnik stający na drodze bohaterom nie jest zły dla samej idei zła – ma ukryty motyw, ale nie chce zniszczyć wszystkich i wszystkiego; jego złowrogość nie wykracza poza ramy motywacji współczesnego człowieka.

Niestety, jak to z daniami z drugiej patelni bywa, również tutaj nie obyło się bez utraty pewnej nutki smakowej.

Gdy pierwszy raz oglądałem Park Jurajski, siedziałem przed szklanym ekranem gniotąc nerwowo brzegi poduszki i wytrzeszczając oczy na widok potężnego T-Rexa. Klimat wyspy dinozaurów wręcz wylewał się z ekranu wprost do mojego chłopięcego umysłu i serca, rozprzestrzeniając po organizmie fascynację tymi mitycznymi stworzeniami.

W Jurassic World atmosfera zagrożenia i napięcie bardzo się rozmyło. Zarówno i ja nie odczułem napięcia – co jest w głównej mierze zasługą dorosłości – jak i go nie odnalazłem w przedstawianej akcji. Brakowało mi suspensu związanego z hasającym wolno śmiercionośnym stworzeniem. Wszystko to sprawia, że losy filmowych postaci mało widza obchodzą, a wręcz ma się ochotę, by któremuś stała się krzywda; tak, dla czystej, sadystycznej rozrywki – w końcu nikt sobie tego nie weźmie do serca.

Pod względem technicznym najnowsze część serii staje na wysokości zadania. Dzięki dobrym efektom komputerowym trudno nie wciągnąć się w świat przedstawiony. Dinozaury prezentują się bardzo dobrze, choć trudno jednoznacznie stwierdzić czy lepiej od prawdziwych modeli kręgowców, które zachwycały widzów w 1993. W każdym razie, technologia 3D skutecznie uniemożliwiła mi dojście w tej materii do jasnej konkluzji.

Wiele by można jeszcze wymieniać, ale jednym z najlepszych aspektów filmu jest Chris Pratt. W roli Owena wypada bardzo naturalnie i ciężko nie zapałać do niego natychmiastową sympatią. Jego wcielenie nie różni się bardzo od zadziornego Starlorda ze Strażników galaktyki, jako który przypadł do gustu rzeszą fanów. Cała reszta wypada mniej lub bardziej przekonująco – jak już wspomniałem, część obsady jest jakby kopią ekip z poprzednich planów co sprawia, że nie zachwycają swoimi występami i trudno o nich mówić bez ciągłych odniesień do poprzednich części. Warto jednak wspomnieć wielki brzuch Vincenta D'Onofrio i przekomiczną scenę pożegnania dwójki pracowników centrum kontroli.

Jak udowadnia Box Office, Jurassic World warto zobaczyć. Jest to kino przystępne – spodoba się zarówno najmłodszym, a i dorośli powinni dobrze się bawić i bez problemu obudzić w sobie pełne ciekawości świata dziecko. Zgodnie z tradycją, nie polecam 3D.


Marcin Darski
Nonkonformista. Samozwańczy krytyk i przyszły autor bestsellerów. Prowadzący bloga Jay's World.