RECENZJA: Rozbuchana wizja Goslinga

Opustoszałe Detroit. Upadłe miasto przekreślające spełnienie słynnego american dream. Bieda, rozsypujące się domy i ciągłe pożary. W tym wymarłym mieście zdaje się żyć tylko klika osób, które nieustannie walczą o przetrwanie i pokonanie tajemniczej klątwy. Bohaterowie odrębni, zbudowani z klisz i schematów, którzy wpadają na siebie co jakiś czas, ale toną w oparach absurdu i zlepkach filmowych inspiracji. Ryan Gosling w swoim reżyserskim debiucie czerpie pełnymi garściami z przeszłych doświadczeń, ale nie tworzy swojego indywidualnego stylu, którym mógłby zachwycać widzów.

Lost River to przede wszystkim opowieść o zmaganiu się z przeciwnościami losu. Bohaterowie robią, co mogą, aby zarobić pieniądze na spłatę rat za dom, ale ich działania z góry skazane są na niepowodzenie. Bones (Iain De Caestecker) to uroczy chłopak, który natychmiast staje się nieporadnym fighterem prześladowanym przez miejscowego psychopatę. Natomiast jego matka (Christina Hendricks) jest żywcem wyjęta z okładek magazynów dla kobiet. Perfekcyjnie ubrana z nieskazitelnym makijażem zdaje się nie pasować do tego postapokaliptycznego obrazu miasta. Do tego dochodzi, wyraźnie wiedząca więcej, tajemnicza sąsiadka. Dziewczyna o imieniu Rat (Saoirse Ronan) opiekuje się babcią zatopioną we wspomnieniach świetlanej przeszłości.

Każda z tych postaci na swój sposób pragnie poradzić sobie z nieprzyjazną rzeczywistością. Stawia czoła swoim lękom i przełamuje słabości. Przez co Billy trafia do nocnego klubu, gdzie za pieniądze dostarcza się klientom odrobinę horroru, krwi i przemocy o erotycznym zabarwieniu. Klubowe sekwencje przywodzą na myśl filmy Nocolasa Windinga Refna z mroczną kolorystyką i duszną atmosferą. Nie zabrakło też wizualnych smaczków z upajania się naturą, przypominających głaskanie kłosów zboża ukochane przez Terrence’a Malicka, czy podwodnych wędrówek Bonesa.

Gosling kopiuje specyficzny klimat, który doskonale jest znany z Drive czy Tylko Bóg wybacza. Nie pomaga mu doskonała muzyka Johnny’ego Jewela przypominająca zachwycający film duńskiego reżysera. Nie zabrakło też odwołań do Lyncha i kina lat 90, przez co Lost River to kolaż różnych tropów i klisz. I choć film może zachwycać zdjęciami Benoita Debie, to braki fabularne rozmywają pozytywne wrażenie, grzęznąc w topornej atmosferze podniosłych wydarzeń przyziemnego życia.