RECENZJA: Klucz do wtórności

Jeśli kiedykolwiek zastanawiałeś się nad kluczem do nieśmiertelności, to Tarsem Singh podsuwa kilka możliwości. Po pierwsze musisz być bardzo, ale to bardzo bogaty. Po drugie znaleźć odpowiednie ciało. Po trzecie powinieneś mieć pewność, że przybrane ciało w swoim poprzednim życiu nie miało rodziny albo bliskich, bo ich przypadkowe napotkanie może sporo skomplikować. Po czwarte musisz regularnie zażywać leki. I po piąte, być może najważniejsze, być człowiekiem o silnych nerwach, gotowym stawić czoła wszelkim przeciwnościom i rozpocząć swoje życie od nowa.

Klucz do wieczności nie jest pierwszym filmem, który sięga po marzenia ludzi o byciu nieśmiertelnym. Wykorzystuje do tego nieco futurystyczną wizję szalonego naukowca, któremu udaje się przy pomocy silnego pola magnetycznego przetransportować duszę z jednego ciała do drugiego. W końcu to nasza ziemska powłoka staje się jedynym ograniczeniem swobody w pełni sprawnego umysłu. Damian (Ben Kingsley) jest urodzonym geniuszem, wybudował połowę współczesnego Nowego Jorku i zatopiony w swojej chwale, nie chce tak łatwo umierać. Bezradny wobec nasilonych objawów raka, postanawia zadzwonić pod tajemniczy numer i przedłużyć sobie życie. Przejmuje ciało młodego człowieka, Marka (Ryan Reynolds), ale wiedziony silnymi halucynacjami, odkrywa jego przeszłość.

Ogromna wizja naukowych możliwości doskonale wpisuje się w klimat kina si – fi, choć całość zostaje zatopiona w topornych i ogranych mechanizmach. Odmłodzony Damian (Reynolds) ląduje w Nowym Orleanie, gdzie na każdym rogu ulicy czarnoskórzy mieszkańcy grywają jazz a naukowiec Albright (Matthew Goode) to szaleniec w okularach. Do tego dochodzą sceny pościgów i strzelania rodem z produkcji sensacyjnej przywodzącej na myśli Szybkich i wściekłych czy opowieści z Liamem Neesonem. Singh zadbał o efekty wizualne. Fantastycznie wypadają zdjęcia Brendana Galvina ukazujące monumentalność Nowego Jorku, koloryt i ciepło Nowego Orleanu. Reżyser nie ucieka od stereotypowego dopracowania szczegółów: multimilioner musi posiadać dom w złocie a jego córka, buntowniczka, powinna być aktywistką na rzecz ocalenia miasta przed zbytnią ekspansją wizjonerskich architektów. Nie zabrakło wybuchów, ognia i emocjonalnej huśtawki. Nie od dziś wiadomo, że śmierć na ekranie powinna być jak najbardziej efektowna, a zapięcie pasów w trakcie pościgu samochodowego, ratuje życie.

Ociekający w przewidywalne rozwiązania Klucz do wieczności staje się dwugodzinnym popisem aktorskich możliwości Ryana Reynoldsa. Aktor o niebanalnej fizjonomii z pewnością zachwyci kobiety i prawdopodobnie będzie działał na wyobraźnię o wiele bardziej niż roznegliżowani tancerze z Magic Mike XXL, z wprawą przykrywając fabularne niedostatki. Choć otrzymał od reżysera zadanie karkołomne i wyraźnie ogranicza swoje możliwości zaprezentowane w Głosach Marjane Satrapi, to wciąż pozostaje jasnym punktem tej opowieści.

Reżyser Królewny Śnieżki stara się walczyć z mitem nieśmiertelności, obnaża słabe strony wiecznego życia i poddaje w wątpliwość sens rozpoczynania wszystkiego na nowo okupionego ogromną samotnością. Tworzy film nierówny i wtórny, opierający się na banalnych rozwiązaniach, ale przy tym szczery i hołubiący rodzinne wartości. Klucz do wieczności nie przejdzie do historii, ale jest doskonałą rozrywką dostarczającą odrobiny humoru (kiedy przymruży się oczy i przestanie odbierać tę produkcję całkiem serio).