RECENZJA: Wyobraź sobie...

Idol jest tego typu filmem, na jaki nie koniecznie wybieramy się do kina. Niby ma znaną gwiazdę w roli tytułowej, niby ma… no właśnie, co? Jakby spojrzeć na całość produkcji to w sumie niczym szczególnym się nie wyróżnia. Mamy zgrabną historię opowiedzianą w różnej wersji już chyba zylion razy – ot stary człowiek pragnący czegoś więcej od życia na stare lata, szukający sensu życia i, co jeszcze bardziej banalne, chcący zbratać się ze swoim nie widzianym przez całe życie synem… No i najważniejsze, Danny Collins, jest przecież wypaloną gwiazdą rocka!

To co zasługuje na szczególną uwagę w Idolu to w mojej skromnej opinii obsada drugoplanowa. Wiadomo przecież, że Al Pacino to klasa sama w sobie i swojej roli kolejny raz pokazuje, że nie ma dla niego roli niemożliwej. To co natomiast budowało klimat i rodziło co raz większą sympatię do głównego bohatera to sceny z pozostałą obsadą z Christopherem Plummerem na czele. Praktycznie każda scena z jego udziałem budziła uśmiech na twarzy; cięte riposty managera i najlepszego przyjaciela Collinsa świetnie komponowały się z dołującą osobą Pacino. Klasa.

W rolę syna muzyka wcielił się Bobby Cannavale, który wraz z żoną w postaci Jennifer Garner i córką Hope (Giselle Eisenberg) przedstawili obraz rodziny idealnej z własnymi problemami. Ponadto mamy załogę hotelu Hilton, w którym zatrzymuje się gwiazda przed wizytą u syna, gdzie kolejne postaci w osobach Annette Bening, Melissy Benoist i Josha Pecka budziły olbrzymi uśmiech na twarzy i kontrastowały z destrukcyjną postawą rockmena.

Reżyser Dan Fogelman stara się w jak najciekawszy sposób przedstawić życie upadłej gwiazdy rocka, która swój sukces zawdzięcza odgrzewanej do bólu na każdym koncercie jednej hitowej piosence i na jej kanwie wydając kolejne albumy z serii The best of…. Hasło "sex, drugs & rock’n’roll" idealnie wpisuje się w postać Collinsa, który, odnoszę wrażenie, wcale nie cieszy się z takiego stylu życia, szuka stabilizacji i akceptacji. Nie zapomnijmy o jeszcze jednej ciekawej kwestii – Pacino śpiewa! Nie kojarzę innego filmu, w którym mogliśmy podziwiać jego zdolności wokalne, ale muszę przyznać, że całkiem zgrabnie mu to wychodzi. No, ale w sumie i tak wypada blado, gdy w tle słyszymy hity Lennona ze słynnym Imagine na czele.

Warto wiedzieć, że sama historia nie została wyssana z palca, bo sam pomysł na film został oparty na prawdziwym liście napisanym przez Johna Lennona do muzyka imieniem Steve Tilston, który piosenkarz odkrył po 40. latach od jego napisania. Na końcu filmu możemy bliżej zapoznać się z tym tematem.


Marek Jacek
Kinomaniak. Fan filmów akcji z lat 80. i 90.. Z FDb związany od 2006 roku.