RECENZJA: Kryptonim 'szpieg'

Widmo III wojny światowej unosi się w powietrzu. Najwięksi i najlepsi naukowcy pracują nad bronią jądrową, która w niepowołanych rękach może doprowadzić do prawdziwej katastrofy. Temat oklepany i wielokrotnie przerabiany przez kino nie może zaskoczyć niczym nowym. Wyścig z czasem, walka dobra ze złem i granicach ingerowania w naturę pojawiają się w Kryptonim U.N.C.L.E., ale nie stanowią esencji filmu Guya Ritchiego, w którym w głównej mierze chodzi o efektowny pościg i wzajemne docieranie się dwójki szpiegów.

Napoleon Solo (Henry Cavill) to amerykański kogucik w stylu Jamesa Bonda – sprytny, odważny, a do tego przystojny łamacz kobiecych serc, któremu została powierzona misja odnalezienia doktora Tellera, naukowca pod przymusem konstruującego bombę. Kluczem do rozwiązania zagadki jest Niemka Gaby Teller (Alicia Vikander). Niestety nie tylko Solo pragnie „zaopiekować” się kobietą, Rosjanie również wysyłają swojego szpiega. Wkrótce przyjdzie im połączyć siły, aby ocalić świat przed zagładą.

Fabuł nieco trąci myszką, jest przewidywalna i bez większych zawirowań zmierza do celu – finalnego zwycięstwa dobra i przyjaźni. W końcu u Ritchiego nie chodzi o intelektualne zagwozdki i dojmujący nastrój tajemniczości (choć zdarza się kilka ciekawych twistów), lecz o dobrą zabawę i uwypuklenie klisz gatunkowych. Stąd klimat filmów o Bondzie, tarantinowski wstrząs elektryzującą muzyką i charakterystyczne dla reżysera Porachunków zbliżenia oraz slow motion. Zachwyca lekkość scen pościgów (początkowa sekwencja samochodowej ucieczki po ulicach Berlina!), niewymuszony humor i zabawa modą lat 60., dzięki czemu całość tworzy ładny i spójny obrazek. A że pojawia się kilka dziur logicznych… W końcu chodzi o zabawę kinem gatunku.

I choć szpiedzy z Kryptonim U.N.C.L.E. mają misję do wypełniania, zachowują się w tak zabawny sposób, ogrywając temperamenty i nastawienia obu narodów biorących udział z zimnej wojnie, że nie raz tracimy z pamięci cel całej tej maskarady. Ritchie tak bardzo skupił się na słownych potyczkach i antagonizmach pomiędzy Solo a Ilyą (Armie Hammer), przez co przez tracimy z horyzontu właściwi cel ich misji. Puszenie się dwójki mężczyzn przed śliczną kobietą odwraca ich uwagę i tylko, co jakiś czas przypominają sobie: „o tak, trzeba uratować doktora!”.

Nie pojawi się tutaj uczucie zagrożenia czy niepokoju, w końcu misja znajduje się w rękach profesjonalistów. Ich potknięcia nie tyle deprymują, co bawią, obśmiewając schematy kina akcji. Samo pojawienie się Hugh Granta dostarcza uroku i brytyjskiej elegancji, która wprowadza ład w nieco chaotyczny świat. W końcu to angielski szpieg jest w stanie zapanować nad sytuacją, a reżyser udowadnia, że można się przyjaźnić i współpracować ponad podziałami politycznymi i państwowymi. Kryptonim… to rozrywka w czystej postaci, dlatego można przymknąć oko na małe niedociągnięcia. Świat zostanie ocalony!