RECENZJA: Nudne przygody psotnego Billa

Psotny Bill to jeden z klasyków dzieciństwa nie tylko dla Australijczyków, ale także wielu Polaków. Serial animowany opowiadający o przygodach sympatycznego misia koali w czerwonych spodenkach, był puszczany przez Telewizję Polską jako wieczorynka. Zapewne niejednemu miszkańcowi kraju nad Wisłą utkwiła ona w pamięci. Psotny Bill, podobnie jak chociażby Pszczółka Maja, Listonosz Pat, czy Myszka Miki, został przemielony przez współczeność, w skutek czego powstała jego komputerowa wersja.

Nowa odsłona serialu animowanego z lat dziewięćdziesiątych, w polskich kinach zadebiutowała pod tytułem Bystry Bill. Główny bohater filmu, mały miś koala jest całkowicie zapatrzony w swojego ojca – wielkiego podróżnika, który niespodziewanie ginie w czasie jednej ze swoich wypraw. Nie bacząc na czyhające za rogiem niebezpieczeństwo, Bill postanawia wyruszyć w podróż, dzięki której uda mu się odnaleźć tatę.

W trakcie swojej wyprawy poznaje innego koalę – dziewczynkę o imieniu Nutka oraz gekona Żabota. Postanawiają oni razem wyruszyć w dalszą drogę. Ich śladem zaczyna jednak podążać złowieszczy kot, który ceni sobie smak kaolowego mięska. Trójka nieznajomych pomiedzy, którymi zaczyna rodzić się przyjaźń, razem będzie musiała stawić czoła wielkim niebezpieczeństwom i w razie konieczności pomagać sobie nawzajem.

Bystry Bill to idealny przykład tego, jak współczesność zabija "ducha tamtych lat". Nowa wersja australijskiego klasyka nie posiada w sobie absolutnie nic, co sprawiłoby że podobnie jak pierwowzór zapisze się w annałach dzieciństwa. Film wyreżyserowany przez Deane'a Taylora jest całkowicie wyzbyty z ducha wielkiej przygody. Coraz to kolejne przeciwności stawające na drodze Billa i jego kompanów zamiast ekscytować, najzwyczajniej w świecie nudzą.

Nie pomagają także silące się na bycie zabawnymi dialogi, które w języku młodzieżowym można by określić mianem "suchara". Dowcipy i gagi w Bystrym Billu zaczynają się na slapstickowym humorze, a kończą na żartach o pierdzeniu. W czasie seansu miałem nieodparte wrażenie, że nie męczę się tylko ja, ale także zgromadzone na sali dzieci, dla których dużo ciekawsze było bieganie po sali kinowej, aniżeli oglądanie wydarzeń na ekranie.

Czarę goryczy przepełnia bardzo słaba szata graficzna filmu. Oczywiście nikt nie oczekuje kolejnej wspaniałej animacji od Pixara, Disneya czy DreamWorks, które są wręcz przepełnione detalami, tam nie ma miejsca na puste kadry. W Bystrym Billu widać jednak braki budżetowe przez co animacja wygląda tak jak wygląda. Jest ona dopełnieniem słabości tego obrazu. Wersja z 2015 roku dobitnie pokazuje, że niektórych filmów i seriali z lat młodzieńczych po prostu nie powinno się ruszać. No bo po co niszczyć wspomnienia z dzieciństwa milionom fanów na całym świecie?


Gracjan Mikitin
Redaktor Naczelny FDB. Od czasu do czasu, lubię obejrzeć sobie jakiś film :)