FESTIWAL: Maestria reżyserii, smutek przeznaczenia

Film powstawały w bólu, z potrzeby serca po stracie ukochanego syna, porusza i rezonuje. Jerzy Skolimowski potęguje katastroficzny wymiar, podkreśla kruchość losy i istotę chwil, gestów, zachowań determinujących najbliższą przyszłość. 11 minut to mieszanka ludzkich losów, które splatają się w demoniczną sytuację.

Skolimowski tworzy szkatułkową opowieść, prezentuje bohaterów z rożnym zapleczem i przeszłością. Małżeństwo z chorobliwie zazdrosnym mężem, kurier, para alpinistów, sprzedawca hot dogów czy hollywoodzki aktor otrzymują na ekranie po 11 minut, w których ważą się ich losy. A wszystko dzieje się w Warszawie, w klimatycznych okolicach Placu Grzybowskiego nasiąkniętego historycznymi bolączkami i kulturowymi mieszankami.

To nie jest kolorowa opowieść, niebo nad stolicą jest ciężkie i ponure, ale przede wszystkim pełne tajemnych znaków i metaforycznych niedopowiedzeń. Skolimowski z wprawą buduje nastrój napięcia i niepewności. Lecący nisko samolot czy wpadający przez okno gołąb niosą ze sobą widmo śmierci. Gdzieś pojawia się człowiek niosący krzyż, kamery monitoringu czy martwy piksel. 11 minut obrasta w metafizyczne przesłanie, zatapia się w dziwnej atmosferze filmu katastroficznego z pesymistyczną nastrojowością pielęgnowaną przez przeszywające dźwięki.

Film Skolimowskiego jest majstersztykiem reżyserskim. Konsekwentnie prowadzeni bohaterowie mijają się ze sobą, nieświadomie wpływają na swoje życie. Poszczególne historie łączą się ze sobą, dając fantastyczny efekt spójności. A to wszystko dzięki dynamicznemu montażowi Agnieszki Glińskiej, której udało się wyłuskać całą esencję bogatego materiału. Intrygujące, choć nie nowe, jest wykorzystanie rożnych spojrzeń kamery wraz z włączeniem perspektywy psa, który staje się pełnoprawnym bohaterem.

Przy całym zachwycie formalnym, pojawia się spory niedosyt. Konsekwentne utrzymanie fabuły w wysokim napięciu nie zawsze sprzyja postaciom, które ocierają się o absurd działania. Przytłaczający duch śmierci wisi nad filmem Jerzego Skolimowskiego, a prawdziwe wypełnienie fatalistycznej wizji świata dokonuje się w uderzającym finale. 11 minut krzyczy o kruchości życia i skłania do rozważań. Wyśrubowane kino, które nie daje odetchnąć.