WYWIAD: Tomasz Schuchardt prosto z Gdyni

Tomasz Schuchard kilka lat temu podbił Gdynię fenomenalną kreacją w „Chrzcie” Marcina Wrony. Ponownie został doceniony przez jury za rolę w „Jesteś Bogiem”, a od swojego debiutu co roku prezentuje w Konkursie Głównym nowe filmy ze swoim udziałem. Spełnia się zawodowo i prywatnie, nieustannie gra pojawia się na dużym ekranie, jak i w teatrze. Kilka dni temu udało mi się porozmawiać z aktorem o jego pracy oraz relacji z Marcinem Wroną.

Na tegorocznym festiwalu w Konkursie Głównym znalazły się trzy filmy z Twoim udziałem („Chemia”, „Demon”, „Karbala”). Z którym projektem czujesz się najbardziej związany?

Każdy projekt ma inne zadania. Na pewno w „Chemii” było największe, bo gralem główną rolę, a do tego plan był bardzo trudny. Choć nie moge powiedzieć, że w „Demonie” był łatwy. Zaskakiwał różnymi szalonymi pomysłami, wymagał wielkiego skupienia w krótkim czasie i w dużym zespole aktorskim. Z kolei w „Karbali” trudne były techniczne rzeczy, czyli wybuchy, strzały i wyobrażenia o śmierci.Żadnego filmu nie wyróżnialbym jakoś specjalnie, bo staram się lubić wszystko, co robię.

Czy przed zdjęciami do „Karbali” mieliście szkolenie wojskowe? Spotykaliście się z żołnierzami?

Tak. Mieliśmy spotkania i przeszkolenia. Choć ja miałem szkolenia wczesniej do innych projektów. Spotkalismy się też z oryginalnymi postaciami. Myśle, że w filmie wojennym jest jak w wojsku – bardzo konkretnie. Krzysiek (Łukaszewicz, reżyser przyp. red.) był przygotowany do tego projektu, wszystko o nim wiedział, dlatego dawał nam dokładne zadania. Ufał nam, że bedziemy dobrymi osobami do tych ról.

Twoja postać, porucznik Sobański, na początku jest zdecydowany, szybko podejmuje decyzje. Załamuje się dopiero pod presją czasu i pod ostrzałem. Natomiast Benek z „Chemii” raczej planuje, jest metodyczny. A jaki Ty jesteś?

To jest bardzo zależne od dnia, nastroju czy pory roku. A głównie od sprawy, której plan dotyczy. Planowanie rzeczy typu wakacje jest bardzo chaotyczne i wolę o nich nie rozmawiać. Najlepiej, żeby samo się działo. Natomiast przy sprawach wymagających odpowiedzialności staram sie być konkretny.

A długo rozmyślasz nad scenariuszem?

Zależy od scenariusza. Jeżeli w pierwszym wrażeniu bardzo mi się podoba i wiem, co aktorsko trzeba będzie zrobić, to go zostawiam i nie pracuję nad nim do momentu spotkania z reżyserem. Wtedy zadajemy sobie nawzajem dużo pytań. Ale są też takie scenariusze, ktorych po pierwszym czytaniu w ogole nie rozumiem. Staram się być bardziej intuicyjny w graniu, nie opierać się tylko na wiedzy. Na razie najdłużej siedziałem nad dwoma scenariuszami. Jeden to dramat „Iwona. Księżniczka Burgunda, jeszcze w szkole teatralnej na IV roku. A drugi to „Jesteś Bogiem”. To film, w którym było niewyobrażalnie dużo rzeczy do zrobienia.

Co Ci się w takim razie spodobało w scenariuszu „Chemii”? To raczej niekonwencjonalnym film o chorobie.

Chyba właśnie ten brak konwencjonalności i to, że nie jest zachowawczy. Ma swój wymyślony język, którego na początku się bałem, ale w rezultacie stanowi on atut filmu. Podoba mi się, że jest kolorowy, mowi o śmierci bez pretensji. To nie film o umieraniu, ale o życiu i miłości, która wynosi pod niebiosa w swojej wspaniałości, ale potrafi też bardzo ranić.

To opowieść oparta na prawdziwej historii reżysera Bartka Prokopowicza i jego żony. Na ile Twój bohater, Benek, jest do niego podobny?

W Benku jest tyle samo Bartka, co i mnie. A jednoczenie Benek to zupełnie inna osoba. Na pewno łączy mnie z Bartkiem dużo rzeczy, choćby pewnego rodzaju wrażliwość czy pouczcie humoru. Na pewno dzieli nas doświadczenie. Bartek dzielił się ze mną swoimi ciężkimi przeżyciami, a jednocześnie nie obarczał mnie nimi, nie szantażował emocjonalnie. Ufał mi i często dawał wolną rękę. Cały czas jesteśmy blisko siebie i to jest przyjaźń.

Ta rola wymagała pracy na silnych emocjach. W jaki sposób się oczyszczasz?

Wracam do domu z pewnymi rzeczami z planu, frustracjami albo wesołymi anegdotami. Ale dla mnie bardzo ważna jest rodzina, która pozwala mi wyjść z tych emocji. Mam z kim być i co robić. Czasami jest też tak, że po jednym projekcie wchodzę w drugi. Zaraz po „Chemii” zacząłem pracę przy „Demonie”. I to pomaga.

Właśnie „Demon” to Twój drugi film z Marcinem Wroną. Jak Ci się z nim pracuje?

Miałem bardzo fajne spotkanie z Marcinem. Ostatnio brałem ślub i Barek, i Marcin byli na nim obecni. Mam z nim dobry kontakt, dobrze się dogadujemy. Profesjonalista i fantastyczny kumpel. Jesteśmy przyjaciółmi przed planem i po, a w trakcie pracy nasze relacje są na zasadzie aktor – reżyser. Słucham jego uwag, dzięki czemu wiele się od niego nauczyłem.

Co dla Ciebie oznacza festiwal w Gdyni?

Dla mnie Gdynia zawsze będzie się kojarzyć z największym przeżyciem, czyli główna nagrodą za debiut w filmie Marcina Wrony „Chrzest”. To miejsce nie jest mi obce, bo Gdańsku chodziłem do liceum, więc zdarzały się wypady do Gdyni.