„Sicario” – Przenikaliśmy wciąż głębiej i głębiej w jądro ciemności…

Są filmy, których scenariusz nie pozwala na jakiekolwiek chybienia w jego realizacji, a grzechem ciężkim jest go zepsuć. Są scenariusze, których tak naprawdę nie ma, a ich proces twórczy to pisanie na serwetce w knajpie. Są też scenariusze rzetelne ale prostolinijne, którymi reżyser się nie ratuje, a od których się z klasą uratuje. Tak jest w przypadku Denisa Villeneuvea i jego „Sicario”. To jest historia – a tale – niepozorny film z pozorów nas ograbia.

Reżyser z mocno skonwencjonalizowanego scenariusza, dociera do parafrazy "Jądra Ciemności" – bez pertraktacji wrzucając nas w jego środek. Film naprawdę nie musiał się udać, a uświadamiam sobie to intensywniej, przytaczając pretekst jakim tutaj jest fabuła. Nasza Kate Macy to nieustraszona młoda agentka FBI, która przez swoje zaangażowanie w pracę traci męża i mnóstwo kobiecości – a właściwie pewnie odwrotnie. Agentka zostaje zaproszona do udziału w misji likwidacji bossa narkotykowego. Wtedy też pojawiają się starsi agenci z zewnątrz, którzy zaproponują jej zupełnie nowe dekalog i nowe praktyki, za które wcześniej z pewnością poszłaby siedzieć.

Film jest przejawem, a nie objawem – bezpośrednio adresowanego do widza niepokoju, a nie nieznośnie cytowanego napięcia. Coś bardzo dobrego się stało z tak przeciętnie zapowiadającym się projektem. Obawiałam się, że charaktery postaci nie będą bogatą paletą barwną. Będą dobrzy i źli, ci co znają świat i ci co nie znają.
Widzimy tutaj próbę posadzenia czegoś pięknego i uprawiania na tej wysuszonej ziemi – jałowej glebie. Tą ziemią jest Meksyk, gdzie podziemnych korytarzy jest więcej, niż miejsc publicznych. Emily Blunt wyrzeźbiła z tej postaci kobietę, która sprzeciwia się amoralności, coraz bardziej uwikłana w świat samców alfa – sama jednak od początku do końca też jest zdewastowana emocjonalnie. Banał prawda? Tylko, że z czasem to doprowadzi do innego podziału sił – jej wrogami staną się jej współpracownicy. Wtedy też pojawi się „konsultant” Alejandro, który okazuje się być po prostu psem spuszczonym ze smyczy. Wiemy, że pogryzie, ale nie wiemy jeszcze kogo. Del Toro konstruuje tę chłodną postać na takich drobiazgach i detalach, że nareszcie w kinie moment od planowania oddania strzału i jego wykonania jest naprawdę chwilą zawieszenia i głośnego przełknięcia śliny, a nie zapowiedzianą niespodzianką, pełną recytowania para-aforyzmów. Jego postać spokojnie mogłaby powtarzać za Charlsem Marlowem – "Ziemia nie była ziemska, a ludzie byli… nie, ludzie nie byli ludzcy." Jeżeli nie byłeś nigdy potworem, to znaczy że jeszcze nie trafiłeś na odpowiednią okazję – zdaje się mówić nasz bohater.

Potężną siłą tego filmu jest brak rozproszenia reżysera i konsekwencja gatunkowa. Nie zachciewa mu się nagle pogłębionej psychologii, czy zamiany wytwarzanej chropowatości na bezpieczne dla widza terytorium emocji. Reżyser cały czas się koncentruje, by nie poluzować zaciskanej liny i nie dopuścić za dużo powietrza. Takie napięcie oczywiście utrzymywane na najwyższych rejestrach niesie ze sobą pewne ryzyko – może zostać oswojone przez widza. Tutaj jednak błędu nadużycia nie zauważymy, bo akcenty są rozłożone, zasilanie niepokoju jest z różnych źródeł – wydarzenia, moralne epizody, dialogi, mutacje charakterów, lapidarna ilość informacja podawana i widzowi i głównej bohaterce.

"Sicario" nie zaprasza nas na herbatkę dyplomatyczną z bronią nabitą ślepakami, by poplotkować o moralności w klimatyzowanej sali. Raczej – z workiem na głowie, bez całowania rączek, wywozi nas do piekła, nie oszczędzając na ostrej amunicji, zostawiając subtelność w domu. Jego Meksyk jest smolisty, wciągający przejawy humanizmu niczym ruchome piaski i fatalistyczny – determinizm miejsca. Zamiast piesków Chihuahua na bocznych siedzeniach leży broń, a zamiast Piniaty zwisają podziurawione ludzkie ciała. Wraz z soczystą i mięsną narracją kroku dotrzymuje kamera – nie peszy się w żadnej sytuacji.

"Sicario" zapowiadał się i kroił na tendencyjny oraz schematyczny koncept wypatroszonego już w amerykańskim kinie tematu. Jednak Denis nie zawiódł, a zwiódł na pokuszenie. Przykleił widza na lep brutalnego i paranoicznego thrillera, w którym nie o walkę między ludźmi, czy miejscami chodzi. Broń jest w ręku realizmu i naturalizmu, a wycelowana zdaje się być w resztki idealizmu ludzkiego – to jest najtrudniejsza do przedstawienia scena batalistyczna… ale chyba też najbardziej krwawa.