Teledysk o bandziorach...

Brian Helgeland bierze się za niesamowicie energetyczną historię opartą na faktach. Legend to pełnokrwista biografia kultowych gangsterów. Bliźniacy, którzy trzęśli Londynem w latach 60., a cały Londyn trząsł gaciami z ich powodu. Prócz regularnej obecności w kronikach kryminalnych, aresztach i na językach policjantów, gangsterzy gościli też na okładkach magazynów plotkarskich. Byli kryminalistami – celebrytami. Stanowili łup dla wymiaru sprawiedliwości, ale też i dla tabloidów. Właśnie tak o nich traktuje reżyser – jak o ikonach popkultury w tonacji i narracji kolorowych okładek oraz teledysków, nie szukając prawdomówności ani przez chwilę. Chociaż próbuje ją imitować.

Wydaje się, że dostajemy open bar rozwiązań popkulturowych, jednak reżyser okazuje się abstynentem i nie sięga po żadne ryzykowne substancje. Zakręci nam się w głowie tylko od nieporozumienia, przeżyjemy deja vu rozwiązań narracyjnych i pewnych rozprężeń wewnętrznych historii. Legend jest boleśnie przeciętna i poprawna, a przy takiej historii to wykroczenie… przy każdej zresztą.

Legend jest filmem efekciarskim, popisuje się nieustannie. Film jest deklaracją ogromnego uczucia i zachwytu reżysera historią kryminalistów, jednak nikt specjalnie nie próbuje wciągnąć widza do ich fan clubu. Nie widzimy specjalnie narodzin rodzinnego imperium, tylko ktoś cały czas nieznośnie przypomina że bracia są wielcy, epiccy i już kultowi. W całym filmie jedna scena – dynamiczna i naszpikowana nieobliczalnością bójka w knajpie, jest na poziomie adekwatnym do obietnic i dotrzymaniem słowa. Wtedy na chwilę mogę uwierzyć w ich popularność i uzasadnić gloryfikację.

Mamy historyjkę pełną napinania mięśni, a poważną atmosferę (zaplanowaną… nie odczuwalną) rozrzedzają co chwilę pretensjonalnie skrojone żarty. Nic nie jest tak intensywne, jak się zakłada. Poważnie nie jest tutaj prawie w ogóle, więc rozładowujące żarty wcale nie spełniają swojego zadania. Legend odczuwam jako mocno zindywidualizowane wyobrażenie o życiu i radosnej twórczości kryminalistów, pełne bajkopisarstwa. Braciom Kray bliżej w tym filmie do ikon mody, bawidamków i świetnych aktorów, a wątpię, żeby te składniki wystarczyły na dominację w gangsterskim Londynie. Nie ma przestrzeni niepokoju, brawury, czy szaleństwa. Jest kolorowo i bogato, ale szalenie jednowymiarowo. Wszystkie próby nadbudowy historii wewnętrznym życiem bohaterów, wątpliwościami i analizą, wypadają blado i wtórnie.

Legend się trochę ogląda, jak opowiadającego o swojej wielkiej karierze mitomana, jednak nie potrafi tego udowodnić. Reżyserowi brakuje trochę pomysłu i pary na poprowadzenie historii, dlatego kiedy docieramy do momentu konfliktu między braćmi, wypada on mocno naiwnie. Jeszcze te przepychanki testosteronu prezentują się przyzwoicie i nawet gorąco. Potem entuzjazm się wychładza, dostajemy quasi romans łamany na traktat o lojalności, braterstwie i zasadach, jednak jest to mocno wytarte, wtórne i co chwilę sygnalizowane. Znowu to samo – nie realizuje się w czynach. Klisza za kliszą, a głos z offu jest pełen inspiracji prostackimi aforyzmami.

Legend nie można odmówić czaru, taki czaruś – reżyser. Zagrała tutaj machina stylizacji. Kostiumy, realia epoki, temperament Toma Hardy'ego, z różnymi twarzami mitu gangsterskiego zdaje egzamin (choć dla mnie przeszarżowanie i rozegrane na prostych kontrastach), jednak jest to bardzo wybiórcze i histeryczne. Zbyt naiwne, infantylne i źle napisane. Legend cytuje mnóstwo gangsterskich dzieł, jednak nie jestem pewna, czy ktoś kiedykolwiek będzie cytował ten film. Legend do legendy nie przejdzie. Chyba, że w kategorii zmarnowanego potencjału i niechlujstwa narracyjnego.