Kino z farszem, nie fałszem - recenzja filmu Black Mass.

Kino gangsterskie chce od bardzo długiego czasu przeżyć swój renesans i odzyskać męskość. Black Mass jest świetną zapowiedzią powrotu kina gatunkowego i ucieczką od efekciarskich teledysków o niegrzecznych chłopach. Tutaj mężczyźni są naprawdę źli i nikt nie ma co do tego wątpliwości.

Scott Cooper zafascynował się autentyczną historią kryminalisty, który pod płaszczykiem współpracy z FBI, tak naprawdę przejmuje miasto, za ich przyzwoleniem. Jest cennym kontaktem, więc staje się nietykalny dla władzy. W takcie energetycznej, mocno smolistej i kreatywnej biografii gangstera, wybrzmiewają bezpretensjonalne refleksje o braterstwie. Można spokojnie zamienić imiona bohaterów i stworzyć z tego pełnokrwistą przypowieść o lojalności.

Warstwa kryminalna, śledztwo, rozgrywki, są poprawnie poprowadzone, ale nie wychylają się za periodyki gatunkowe. Uważam, że mięsistość fabuły uzyskana została dzięki interakcjom między męskimi charakterami. To tak naprawdę traktat o samczym dekalogu, gdzie chodzi o wilki i watahę. W tym świecie lojalność z czasem się wytrąca, a moralność jest totalnie szpetna i mało seksowna.

Whitey jest przecież lokalną legendą, ale nie w złym tego słowa znaczeniu. Nosi zakupy staruszkom, dba o swoją mamę, ma żonę i synka. Jednak haracze, wyłudzenia, przemoc i niewyjaśnione morderstwa trochę mu uniemożliwiają zdobycie odznaczenia honorowego obywatela miasta. Większość patrzy na to przez palce – nasz Whitey jest lekko szalony, ale przecież z zasadami. Kryminalista jest dziwnym autorytetem, cieszy się pewnym uznaniem i ogromnym szacunkiem – za który często odpowiada strach wszystkich wokół. Nikogo nie zdziwiłoby, gdyby plakat z jego wizerunkiem znalazł się w pokoju jego brata Billego – ważnego polityka. Whitey fascynuje też swojego przyjaciela Conollyego, obecnie agenta FBI. To przecież on podpisze tytułowy pakt z diabłem. Jakie znaczenie dla diabła ma wspólna przeszłość i męska przyjaźń, to możecie się domyślić.

Black Mass opowiada nie tylko o diable w ciele Jamesa Bulgera, którego postać jest imponująco skonstruowana przez Deppa. Sam aktor przestaje parodiować siebie z niedawnych-karykaturalnych rólek, nie przeszarżował. Jest magnetyzujący i hipnotyzujący, co daje imponujący efekt nieprzewidywalności jego postaci – czyste zło bez substancji słodzących. Jego Whitey nie opowiada na około o swoich metodach, nie udziela wywiadów, nie mitologizuje sam siebie. O jego legendzie świadczą kolejne egzekucje, które wykonuje bez mrugnięcia okiem. To właśnie odróżnia ambicje "Black Mass" od pokrewnej tematycznie "Legendy". Tutaj reżyser podjął wyzwanie i wysiłek przekonania nas, natomiast w "Legendzie" założono pewną naiwność odbiorcy. Cooper wygrywa też przez to, że nie oszczędza swojego bohatera i nie jest w nim do szaleństwa zakochany. Ostatecznie przyłapuje go na tym, że Whitey jest cwaniakiem, który powtarzając tyle razy słowo lojalność, nigdy nie brał go na poważnie.

Tytułowym demonem jest też żądza. Władza jest pociągająca, a to gangsterka daje więcej korzyści finansowych i pozwala nosić dumniej głowę, niż działanie w imieniu prawa. Pojawia się tutaj żądza dominacji i spełnienia (w niej jest nawet trochę homo erotyzmu) przynależenia do watahy, loży dominującej w stadzie. To przecież ta fascynacja agenta FBI doprowadza do kompletnej katastrofy.

Black Mess można zarzucać w kilku momentach flirt z konwencjonalnością, dominację jednego bohatera kosztem wyblakłej reszty, dość zachowawcze rozwiązania. Jednak w tej powściągliwości jest mnóstwo szczerości i realistycznej gangsterki. Bez hektolitrów krwi na ekranie moja chwilami z twarzy odpłynęła. "Black Mass" może nie kopie w przyrodzenie, ale je posiada.