RECENZJA: Gotyckie love story

„Duchy istnieją naprawdę”. Tego dowiadujemy się od Edith (Mia Wasikowska), która powtarza te słowa niczym mantrę, próbując oswoić się ze swoim darem, i przekleństwem jednocześnie. Widzenie zmarłych upominających się o sprawiedliwość i wyjawienie grzechów z przeszłości tylko od czasu do czasu przywodzi jej dreszczyku emocji i staje się inspiracją do rozwoju pisarskiego talentu. Młoda i ambitna z ogromnymi pokładami feminizmu wpada w sidła uczucia do tajemniczego europejczyka, który zachwyca dystyngowaniem oraz inżynierskim zapałem i wraz z nim przenosi się z Ameryki do Anglii. Guillermo del Toro opowiada miłosną historię podszytą mrocznymi tajemnicami i duszną atmosferą zakurzonego zamku, gdzie przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć.

Crimson Peak. Wzgórze krwi misternie splata ze sobą nitki poszczególnych wątków i postaci. Plącze sieć powiązań, ludzkich relacji i zakazanych uczuć. Z dbałością buduje aurę tajemniczości, która nieco podbijana przez wyświechtane schematy, prowadzi przez kolejne punkty kulminacyjne. Del Toro skupia się na szczegółach (scenografia czy kostiumy), każde ujęcie czy rekwizyt niosą w sobie znaczenie i odgrywają rolę w mrocznych wydarzeniach, ale momentami uderzają nachalną łopatologią: ciężkie i duże suknie skrywają wątłe ciała, zniszczony zamek z prawdziwą „duszą” czy ćmy będące symbolem śmierci. Reżyser stopniowo rozrzuca tropy, mimochodem wrzuca wskazówki, aby doprowadzić do szaleńczego finału, który psuje cały efekt. Podskórny dreszcz emocji przeradza się w głośny krzyk i krwawą jatkę rodem z japońskich horrorów. Gdyby tego było mało, twórca Labiryntu Fauna przestaje wierzyć w bystre oko widza, a intencje czy myśli bohaterów podbija słownym wyjaśnieniem. Dosadnością zabija klimat, który pieczołowicie budował przez połowę filmu.

Uczuciowy trójkąt między Edith a rodzeństwem Sharpe (Tom Hiddleston i Jessica Chastain) pełen jest niedopowiedzeń i skrywanych emocji. Mroczna przeszłość Thomasa i Lucille wyznacza rytm opowieści, wędrując po dwuznaczności, zależności i złości. I choć są postaciami reprezentującymi ciemną stronę mocy, to ich zachowania podszyte są nieszczęściem i miłością. Równoznacznym elementem opowieści jest świat duchów, które niczym de mentorzy z serii o Harrym Potterze snują się po korytarzach zamku. Goście z zaświatów są przerażającym połączeniem lotnej tkaniny z mięsistym ciałem przypominającym ludzkie rzeźby z wystawy Gunthera von Hagensa. Dopracowanie szczegółów nie pozwala ani na chwilę oderwać uwagi. Zachwyca precyzją wykonania, ale sprawia, że del Toro wpada w pułapkę. Skupia się na poszczególnych elementach, zapominając o całości, przez co rażą scenariuszowe potknięcia i krwawe zakończenie historii.

W nadmiarze symboli i technicznej precyzji, zabrakło niebanalnej opowieści podszytej grozą. Reżyser buduje świat, w którym historia przejmuje kontrolę nad bohaterami. Aktorzy zatapiają się w powściągliwych konwenansach końca XIX w., ale spuszczeni z emocjonalnej smyczy, gubią mrok tajemnic z przeszłości, przez co ocierają się o śmieszność (źle obsadzona Chastain). Crimson Peak obiecuje zbyt wiele, gubi się w nadmiarze i nie przełamuje schematów. Nie wzbudza grozy, a jedynie koi opowieścią o zgubnej sile miłości, która nieodwzajemniona zawsze przynosi bolesne konsekwencje.