Fotograf totalny - Sól Ziemi Wima Wendersa

Sól ziemi to jeden z tych dokumentów samograjów. W przypadku tego projektu Wim Wenders jest tylko doskonałym resercherem i trochę potakiwaczem. Oczywiście, w dokumencie powinno się więcej słuchać i uważniej przyglądać, niż mówić. Reżyser nie ma żadnego obowiązku wychylania się, ale jego dokument też tego nie robi.

Wendersowi udało się znaleźć świętego graala dla każdego dokumentalisty. 99% koncentracji widza jest osiągnięte dzięki bohaterowi – Juliano Riberi Salgado – jego historia jest gotowym scenariuszem filmowym i nie wymaga żadnej manipulacji. Życie fotografa jest materiałem zawstydzającym swoją atrakcyjnością nie jedno amerykańskie kino akcji, nawet po dodaniu efektów specjalnych.

Brazylijski fotograf podróżował po świecie przez 40 lat. Wspomnienia na szczęście nie zostały wyłącznie w jego głowie. Zarejestrował swoje przygody aparatem fotograficznym. Próżno szukać tu pięknych widokówek, wzorów na pocztówki, czy zdystansowanej dokumentalistyki i modelingu w terenie. Brazylijczyk zrobił ze swojego aparatu świadka wielu dramatycznych wydarzeń, momentów dehumanizacji. Zdjęcia wielokrotnie spowodują, że widz będzie chciał odwrócić głowę. Jednak nie dlatego, że fotografie są szpetne, a z powodu szczerości przekazu. Jego zdjęcia powstające z powodów głęboko humanistycznych, doprowadziły artystę do jądra ciemności.

Widać ogromne zespolenie fotografa ze swoją twórczością. Mamy wrażenie, że aparat który oddziela Salgado od bezpośredniej obserwacji ludzkiego okrucieństwo, wcale nie dystansuje go od pracy. Jest fotografem totalnym, awansuje swoją twórczość do sztuki nie tylko dla sztuki i wystaw w galeriach – jest druzgoczącą i mocno bezpośrednią refleksją o kondycji jednostki.

Fotograf w pewnym momencie nie jest już w stanie przyglądać się człowiekowi. Zabrnął za daleko, podszedł za blisko, zobaczył zbyt wiele. Ciężko fotografować coś, co zaczyna napawać nas obrzydzeniem i totalnym zwątpieniem – zdaje się mówić fotograf. Brazylijczyk chciał fotografować człowieka, ale w pewnym momencie zauważył że bliżej mu to zdjęć ssaków – tak nieludzkich praktyk stawał się świadkiem. Stąd jego decyzja o odwiedzeniu miejsc nieskażonych cywilizacją. W pewnym momencie jego, zaangażowana społecznie, twórczość ustępuje miejsca zachwytom nad miejscami bez człowieka. Terenu wolnego od wszystkiego, co okrutne.

I tutaj tkwi mój problem z Solą Ziemi – przezroczystość sztuki. Po pierwsze – fotografii ciężko zastąpić w kinie ruchome obrazy i naprawdę trzeba gimnastyki, by nie zostać w szponach prezentacji multimedialnej reanimowanej narracją zza kadru. Po drugie – film składa się z gadających głów. Po trzecie – Wim Wenders nie uczestniczy w swoim dokumencie, a skuteczność produkcji tkwi wyłącznie w postaci bohatera. Odczytana na głos biografia fotografa zrobiłaby takie samo wrażenie, a dokument to jednak materia filmowa. Dla entuzjastów dokumentalistyki w duchu kreacji Herzoga Sól ziemi będzie zbyt tradycyjna, poprawna i jednokierunkowa. Film wytwarza fascynację i zachwyt pracą jego bohatera, ale nie dokumentem ani jego twórcą. Z jednej strony to duża dojrzałość i empatia ważnej postaci dla kina – Wima Wendersa – z drugiej nie mogę odgonić się od myśli, że też niechlujstwo, butność i skrótowość.