RECENZJA: Kłamliwy wizjoner XXI w.

Nie trzeba z zapałem hagiografa odhaczać poszczególnych etapów życia Steve’a Jobsa, aby przygotować zapierającą dech w piersiach biografię. Kilka scen, kluczowe wydarzenia i istotni ludzie z jego otoczenia wystarczą, żeby naszkicować pełnokrwisty portret egoistycznego wizjonera, który zrewolucjonizował świat komputerów. Danny Boyle przy pomocy genialnego scenarzysty Aarona Sorkina wybrał trzy kluczowe prezentacje produktów Apple’a i z teatralnym zacięciem, niesamowitym wyczuciem dialogu, stworzył trzyaktowy trzymający w napięciu spektakl, który na szczęście nie staje się filmową laurką dla wizjonera zostawiającego za sobą emocjonalne zgliszcza.

Nie oszukujmy się. Steve Jobs (genialny Michael Fassbender) nie jest sympatycznym i zagubionym mężczyzną, który, nie potrafiąc się odnaleźć w świecie społecznych zasad i konwenansów, poszukuje wsparcia i pomocy. To kłamca, nieczuły matematyk, który przez całe życie kalkuluje, produkuje niezliczone zestawienia, oczekując największego zwycięstwa: przejścia do historii, rozbudzenia wyobraźni i pragnień klientów. Jobs postrzega świat binarnie. Dostrzega przyjaciół i wrogów, zagrożenia i szanse, przez co gubi się w niuansach ludzkich emocji i oczekiwań. A kamera surowym okiem śledzi szaleńcze przygotowania przed trzema najważniejszymi prezentacjami w jego życiu.

Spoglądamy na Steve’a Jobsa za kulisami ogromnych sal, do których za chwilę wkroczą entuzjaści jego nowych produktów. To momenty, kiedy współzałożyciel Apple dopina wszystkie elementy na ostatni guzik, a co najważniejsze odbywa kluczowe rozmowy ze swoimi znajomymi. Pięć ważnych postaci w życiu Jobsa pojawia się z impetem i soczyście wyjawia swoje myśli i racje. W męskim świecie, gdzie stawka toczy się o honor, władze i pieniądze nie ma kompromisów. Doskonale odnajduje się w nim Joanna Hoffman (Kate Winslet), która staje się sumieniem i opiekunką Steve’a. Hoffman jest równie ważnym bohaterem filmu, co sam Jobs i jako marketingowiec dba o jego wizerunek, ale przede wszystkim o relacje z córką i współpracownikami.

Steve Jobs to opowieść, która galopuje. Choć czasami zanurza się w teatralnej umowności i zawieszeniu, to zachwyca soczystymi dialogami i rozwiązaniami technicznymi. Psychodeliczna muzyka towarzyszy chwilom samotności Jobsa, zdaje się odzwierciedlać jego emocjonalność i myśli. Stąd też silna metaforyka twórcy Apple jako dyrygenta, który dowodzi orkiestrą współpracowników. Niezłomny kreator pretendujący do miana Stwórcy odpycha swoim zachowaniem, ale to właśnie jego relacje z ludźmi nadają rytm całej opowieści, tak bardzo jak zdjęcia, które z biegiem czasu przechodzą od taśmy 16 mm do cyfrowej jakości.

Film Danny’ego Boyle'a został dopracowany w każdym szczególe, stąd niekwestionowany zachwyt nad precyzją wykonanie, której zabrakło Joshua Michaelowi Stern w Jobs. A ograniczenie fabuły do trzech kluczowych momentów pozwoliło na skondensowanie biograficznych smaczków do soczystych rozmów i napiętych relacji. To kino, które zachwyca precyzyjnym dopracowaniem i wielkim aktorstwem, ale przede wszystkim mądrym wykorzystaniem scenariuszowego potencjału.