RECENZJA: Smutek sequela

Kiedy Mitja Okorn próbował stworzyć polską wersję To właśnie miłość, urzekał cukierkowym tonem, aktorską plejadą i misternie splecionymi wątkami. Niestety Listy do M.2 cierpią na czkawkę gorszego sequela. Maciej Dejczer uderza w melodramatyczne tony, odczarowuje magiczny czas i zbyt mocno przytłacza ciężarem problemów bohaterów.

Po czterech latach wracamy do znanych nam postaci. Mel (Tomasz Karolak) ponownie wpada w tarapaty. Mikołaj (Maciej Stuhr) nieustannie siedzi za mikrofonem warszawskiej rozgłośni, a Karina (Agnieszka Dygant) i Szczepan (Piotr Adamczyk) próbują rozwiązać swoje małżeńskie problemy. Najbardziej uroczy wątek z pierwszej części (małżeństwo, które adoptuje dziewczynkę) został zepchnięty na margines, dając więcej przestrzeni nowym bohaterom. Odświeżeniem w obsadzie miał być Maciej Zakościelny, który nieszczęśliwy w związku z bogatą dziewczyną, rzuca się w uczuciowy wir z przypadkowo spotykaną Magdą (Magdalena Lamparska) – reminiscencją wakacyjnej przygody. Każdy z bohaterów dostaje paczkę pełną problemów, które blakną w wigilijny wieczór, choć coraz trudniej uwierzyć nam w świąteczny nastrój.

Scenarzyści z zapałem splatają poszczególne wątki, piętrzą kłopoty i problemy dla każdej z par, aby finalnie tchnąć świątecznego ducha magii i radości. Listy do M.2 nie mają lekkości pierwszej części. Zatapiają się w chorobach, inwalidztwie i przygnębieniu prowadzącym do próby samobójczej, a narastającego smutku nie jest w stanie zmyć słodkie zakończenie. Sprawy nie ułatwia nierównowaga w traktowaniu bohaterów, przez co wielu z nich ginie pod wybujałą ekspresją Mela. To właśnie on staje się nośnikiem lekkiego humoru i nadziei, że nigdy nie jest za późno na zmiany. Mimo wszystko na ekranie robi się zbyt tłoczno, a różnorodność wątków sprawia, że przeskakuje się od śmiechu do przygniatającego smutku.

Gwiazdorska obsada błyszczy na ekranie, z głośników dobiegają fantastycznie dobrane utwory, a piękni i eleganccy ludzie przygotowują się do Wigilii. Wiele można zarzucić "Listom", a to banalność fabuły, a to serialowe uproszczenia, ale jedno pozostaje niezmienne. Fakt, że to urocza opowieść dla zmęczonych polską szarością i niegasnącym pesymizmem, która jest miłą alternatywą dla jarmarcznego humoru naszych komedii.