FESTIWAL: Korporacyjne Pięć Smaków

9. Festiwal Pięć Smaków w warszawskich kinach trwa w najlepsze. Przegląd kina azjatyckiego serwuje nam filmowe nowinki, jak i retrospektywę. W tym roku na ekranach pojawią się filmy Johna Woo, najciekawsze produkcje azjatyckich reżyserek, a także obrazy młodych twórców. Spośród wielu propozycji kilka dla was zrecenzuję. A tymczasem zapraszam do lektury i do kin (Muranów, Kinoteka), gdzie jeszcze do 20 listopada można oglądać azjatyckie kino.

Jeden z bloków filmowych został poświęcony korporacji. Świat pracoholików, nieustannej konkurencji i napięcia, pełen antagonizmów i surowych zachowań nie przynosi pozytywnych skojarzeń czy uczuć. Samotne pracownicze boxy, tykający zegar przypominający o walce z czasem, a do tego eleganccy ludzie zautomatyzowani w swych zachowaniach niczym roboty. „Korporacja” Johnnie To przypomina szklano – metaliczny koszmar zamknięty w przestrzeni żywcem wyjętej z muzeum sztuki nowoczesnej. Ponura i sterylna atmosfera mogła zostać rozwiana lekkimi piosenkami, a tymczasem hongkongskiemu musicalowi brakuje uroku i rytmicznego powabu.

Konsumpcjonizm zdominował świat. Wielkie korporacje napędzają gospodarkę, tworzą potrzeby oraz produkty niezbędne do ich zaspokojenia. Wyścig szczurów przybiera na sile, a w sam środek bezlitosnego wiru pracy zostaje wrzucony młody i ambitny stażysta. Towarzyszy mu absolwentka Harvardu, z którą ramie w ramię walczy o stałe zatrudnienie. Powoli pną się po szczeblach kariery, zaczynając od parzenia kawy i herbaty, coraz bardziej angażują się w powierzone zadania, nie unikają nieczystych zagrań i podejmowania ryzyka. Barwni bohaterowie zostają odcięci od uczuć i emocji, aby w chwilach tkliwości i sercowym problemów uwypuklić ich tęsknotę za drugim człowiekiem.

W „Korporacji” przeplatają się pieśni pochwalne na część pracy z subtelnymi wyznaniami miłości. Johnnie To miesza losy prywatne bohaterów z pracą w nadgodzinach, ale zagubiony w wielu wątkach gubi werwę i intrygujące zacięcie. A osadzenie akcji w okresie gospodarczego kryzysu i załamania na giełdzie, dodaje opowieści dramaturgii i ponurej atmosfery. Choć koncept był porywający, wykonanie nie przekonuje. Wizualnie dopracowany, nudzi ospałością fabuły i jednostajnymi piosenkami, które nie zapadają w pamięć. Teatralna umowność zakrawa o surrealizm, a cała opowieść jest niczym bańka mydlana, która pęka wraz z napisami końcowymi.