Oni wiedzą o wojnie więcej, niż o pokoju – o śmierci więcej, niż o życiu. Recenzja filmu Imigranci.

Filmy koncentrujące się na tematach społecznie tabuizowanych często zapominają o potrzebie posiadania tożsamości artystycznej. Film Imigranci jest przykładem posadzenia obok siebie szlachetnych powódek zwiększania społecznej świadomości, jak i filmoznawczej wrażliwości.

Oglądamy – podglądamy ucieczkę trzech mieszkańców Sri Lanki, gdzie zaraz zakończy się wojna. Mimo tego, nikt nie przewiduje spokoju i stabilizacji. Bohaterowie, którzy się wcześniej nie znali, stworzą rodzinę, by uzyskać azyl we Francji. To nie będzie kolejna bajeczka o uciekinierach z domu niewoli, którzy znaleźli w Paryżu swoją ziemię świętą.

Nowe życie ze starymi uczuciami naszych bohaterów jest zbudowane na kłamstwie, które musieli wymyślić żeby ujść z życiem. Ona nie jest jego żoną, on nie jest jej mężem, ona nie jest ich córką. Potem już trochę okłamują siebie, że będzie lepiej, dobrze, potem wystarczy jakoś to będzie, a finalnie chodzi o to byle być. Oni wiedzą o wojnie więcej, niż o pokoju – o śmierci więcej, niż o życiu.

Imigranci zostawiają w tyle proste konstrukcje kina społecznie zaangażowanego. Rzadko też się złapiemy na myśleniu, że to jednak przecież prawda udawana i naśladowana. Nikt tutaj nie wziął świata w cudzysłów po hollywoodzku, a go wyeksponował w stylu dobrego kina dokumentalnego. Przynajmniej z takim gatunkiem na początku flirtuje twórca. Jednak dla dobra sztuki filmowej – jak w komentarzu jest radykalny, tak w gatunkach niespecjalnie – i bardzo dobrze. Stąd niepozorne kino stylizowane na dokumentalne i obyczajowe szybko robi sobie ostry make-up i nabiera kształtów pełnokrwistego thrillera.

Jacquesa Audiardiego nie interesuje budowanie barykad. Tak jak nasz bohater w pewnym momencie nawinie wytycza linię granicy wrogości –strefy bez ognia – sugerując się istnieniem jakiejkolwiek umowy społecznej, tak reżyser udowadnia że nastał czas całkowitej dezorientacji moralnej. Nie ma tutaj żadnych znaków zapytania, a bohaterowie spadają z deszczu pod rynnę. Świat wydaje się nie dzielić na dobry i zły, a na zły i gorszy.

Reżyser nie robi też ze swojego filmu wolty ideologicznej, a w sposób subtelny, z lekko drżącym głosem (bliżej mu do uczestnika, niż do obserwatora) mówi o tym jak poczucie zagrożenia, strach i lęki dehumanizują, jak deformują człowieczeństwo. Niezależnie o kim i gdzie, film pokazuje chroniczne cierpienie. Mimo, że obserwujemy wyłącznie gatunek ludzki, to ciężko nie zauważyć, że ten świat rządzi się zasadami wielkiego kryzysu z Myszy i ludzie. To świat, w którym panuje zasada ewolucji wg Darwina – przetrwają najsilniejsi. Jak w takich warunkach pozwolić sobie na empatię i zaufanie? Autorom idealnie udało się odrysować poczucie zagrożenia towarzyszące życiu bohaterów. Punktuje na to ukradkowa, wychylającą się zza rogu nieśmiało kamera, jak i oszczędna narracja. Tutaj nie ma co gadać, nie trzeba nazywać mrocznego podbrzusza ludzkości w jakim się znaleźliśmy.

Co znamiennie – mówiąc o życiu w strachu, nie mówimy o okresie przed ich ucieczką z objętego stanem wojny domu. Ten wręcz obłąkańczy niepokój towarzyszy im już na tej pozornie bezpiecznej, europejskiej ziemi. Imigranci też długo nie proponują nam nadziei, słońce nie przebija się przez chmury. Obietnice mogą nie zostać dotrzymane, a świat wymyślony przez człowieka nie jest już dla niego.

Oczywiście jest to też dopuszczenie do głosu imigrantów, ale nie ma w tym taniego populizmu i pomocy deklaracjami na tablicach. Jest to tylko podkreślenie ekstremum w jakim znajdują się uciekający ludzie z własnej ojczyzny. Poczucie bezpieczeństwa nie powinno być luksusem, a towarem ogólnodostępnym – wodą, a nie szampanem!

Kiedyś King powiedział, że ludzie walczą o pokój aż się leje krew. Reżyser ilustruje to zdanie swoim dość ryzykownym finałem, godnym filmów Tarantino (trochę też James Bond bez tanich gadżetów), nanosząc jedną poprawkę – oni walczą o spokój. Rycerz ratujący damę z opresji w wersji mocno naturalistycznej – on nie ma zbroi, ona długiego warkocza. Dlatego też obecny, wręcz wstydliwy, wątek miłosny nie jest przyczyną i powodem prowadzenia akcji, a wypadkową.

Film Imigranci w piekielnie inteligentny i nieekstatyczny sposób udowadnia, że dobre kino autorskie nie jest wyłącznie objawem neurotyzmu i może chcieć uleczyć kogoś więcej, niż samego siebie.